Jakub Bochenek

“BĘDZIEMY PUSZCZAĆ BAŃKI I ZBIERAĆ DO KAPELUSZA” – JAKUB BOCHENEK

Zamknij oczy i pomyśl o człowieku, który zbudował imperium na bańkach mydlanych. Kogo widzisz? Czarującego, ale przy tym przewidywalnego faceta od ulicznych trików? Jakub Bochenek jest dokładnym przeciwieństwem tego stereotypu. Czarującym? Owszem. Przewidywalnym? Bynajmniej. Zaskakującym? Najbardziej!

Lista jego aktywności jest długa. Zaczyna się od zbierania monet do kapelusza i puszczania baniek. Nieco później pobił rekord Guinnessa, zamykając w jednej z nich 417 osób. Tańczy salsę i bachatę. Jeździ konno i taksówką. Lata wiatrakowcem i chodzi na grzyby. Do tego stoi na czele firmy TUBAN – lidera w branży zabawkowej, której produkty trafiają dziś do klientów w ponad 25 krajach. I najważniejsze – jak sam mówi – ma cudowne, szczęśliwe życie. Rozmowa z nim to przelot nad codziennością – pełen humoru, wdzięczności i pasji.

Jakubie, Kubo… Ile w dorosłym Jakubie jest małego Kubusia? Pielęgnujesz w sobie tego małego chłopczyka? Puszczasz mu bańki?

Pewnie trochę jest. Mężczyźni później dojrzewają, a ja mam dopiero 40 lat, więc teoretycznie mam czas. Może dopiero powoli wkraczam w dorosłość…?

A co z tymi bańkami? Pamiętasz swoją pierwszą bańkę? Mydlaną.

Chyba raczej pierwsze nieudolne próby… 

Jednak w pewnym momencie bańki stały się dla Ciebie sposobem na życie. Zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądałoby to Twoje życie, gdybyś wtedy – w czasach studenckich – nie zaczął eksperymentować w domowym laboratorium, nie wyszedł na krakowski rynek i nie puścił tej pierwszej bańki?

Zawsze widziałem siebie jako przedsiębiorcę. Ciągnęło mnie do handlu, do produkcji – tylko nigdy nie wiedziałem, czym dokładnie miałbym się zająć. Próbowałem wszystkiego – robiłem domki dla dzieci, handlowałem telefonami, a nawet szablami. Kupowałem coś taniej na Allegro i próbowałem sprzedać drożej na targu – klasyczne studenckie kombinowanie, żeby trochę podreperować budżet. Aż któregoś razu podróżowałem z kolegą autostopem po Europie. Trafiliśmy do Chorwacji. Pieniędzy mieliśmy tyle, co nic i zaczęliśmy się zastanawiać, jak dorobić w drodze. Wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś widziałem kogoś, kto puszczał ogromne bańki mydlane. Powiedziałem do kumpla: “Będziemy puszczać bańki i zbierać do kapelusza”. Zadzwoniłem do mamy, żeby znalazła w internecie przepis na płyn do baniek, bo wtedy internet w telefonie jeszcze nie działał. No i znalazła. Tylko… nic z tego nie wyszło.

I wtedy wróciłeś do Krakowa i zacząłeś tworzyć swoje unikalne mikstury?

Dokładnie tak. Zacząłem eksperymentować. Coś tam zaczynało mi wychodzić, ale ten pierwszy przepis był naprawdę słaby – wszystko zależało od pogody, wilgotności, temperatury. Jednego dnia działało, drugiego już nie. Więc próbowałem dalej. Było coraz lepiej, a wtedy ludzie zaczęli podchodzić i pytać, co to za płyn. Oczywiście przepisu nie zdradzałem, ale wielu chciało go kupić. I to mnie zmotywowało do tego, żeby jeszcze bardziej kombinować. Po 3 latach prób i błędów w końcu doszedłem do receptury idealnej. Zacząłem sprzedawać płyn na Allegro – i ku mojemu zdziwieniu, on świetnie schodził. Spodziewałem się, że zaraz pojawi się konkurencja, ale nikt tego nie podchwycił. Nawet na największych targach zabawek na świecie przez długi czas nikt nie miał tak dużych baniek. 

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zwykłej potrzeby dorobienia paru groszy do studenckiej kieszeni…

A to były naprawdę niezłe pieniądze! Wtedy, gdy stawka godzinowa wynosiła około 6 złotych, ja potrafiłem zarobić 30, 40, a czasem 50 złotych w godzinę. Więc nawet jeśli puszczałem bańki tylko od czasu do czasu, na studenckie życie spokojnie wystarczało.

A kiedy ta studencka zajawka zaczęła przeradzać się w coś poważniejszego – w biznes – nie słyszałeś od bliskich: “Kuba, bańki? Chłopaku weź, dorośnij! Zajmij się czymś poważnym”?

Miałem to szczęście, że rodzice zawsze bardzo mnie wspierali – we wszystkim, co robiłem. Już od małego. Chociaż w domu się nie przelewało, to jak powiedziałem tacie, że chcę iść na jakieś zajęcia, to od razu mnie zapisywał. Chodziliśmy na różne zajęcia ogólnorozwojowe, pozalekcyjne. Uczyłem się grać na saksofonie, ale miałem nerwowego nauczyciela. Chodziłem też na angielski i na tańce… Na starość zapisałem się na salsę i bachatę. 

Na starość powiadasz? 

Na studiach kolega wyciągnął mnie na kurs tańca, żeby wyrywać dziewczyny…

Wyrywałeś dziewczyny na tę salsę, czy tylko kolega?

Ja trochę się wstydziłem…

Dobra, to zostawmy tego nieśmiałego Jakuba… A jak wyglądały początki tej Twojej przedsiębiorczości?

Może na początku nikt nie traktował tego zbyt poważnie – ja sam chyba też nie. Ale kiedy zobaczyłem, że ten płyn tak dobrze się sprzedaje w internecie, a ja z roku na rok mogłem podnosić ceny i wciąż wszystko schodziło, to pomyślałem: “Okej, może właśnie w tę stronę warto pójść”. Zaczynałem przecież od zera, a z czasem udało się rozwinąć niezły biznes. Najpierw miałem wyspę w galerii handlowej, potem 5 sklepów detalicznych tylko z bańkami i akcesoriami do nich…

…i tak zbudowałeś firmę TUBAN – lidera w branży zabawkowej, specjalizującą się w tworzeniu zabawek kreatywnych i edukacyjnych. Jej produkty trafiają dziś do 25 krajów na całym świecie. Robisz największe bańki mydlane, którymi pobijasz rekordy Guinnessa. Zawsze wierzyłeś w to, co robisz? Wierzyłeś w siebie? 

Kiedyś zrobiłem sobie test Gallupa i okazało się, że wiara w siebie jest u mnie bardzo wysoko. Co ciekawe, to jeden z najrzadszych talentów – zarówno w Polsce, jak i na świecie. Bardzo mi pomaga w życiu, choć jak każdy talent, ma też swoją ciemną stronę. Czasem objawia się to nieco niepoprawnym optymizmem.

Ale to nie jest nadmierna pewność siebie?

W kontaktach międzyludzkich niekoniecznie. Może biznesowo…

A po co w ogóle pobija się rekord Guinnessa? Co to daje?

Podszedłem do tego, jak do akcji marketingowej. Chciałem pokazać, że ten płyn, który tworzę, naprawdę jest najlepszy. Ale na pewno też chciałem się z tym zmierzyć, sprawdzić, czy dam radę. Najpierw pobiłem rekord jeden raz, potem w tym samym roku pobiłem sam siebie. Później ktoś mnie przebił, więc znów podjąłem wyzwanie. Udało się – zamknąłem 417 osób w jednej bańce mydlanej! I ten rekord utrzymuje się już prawie 8 lat. To było jednak bardzo wyczerpujące emocjonalnie i energetycznie. Dużo stresu mnie to kosztowało… Przyjechała telewizja, tłum ludzi czeka, wszyscy gotowi, a bańka ciągle pęka. Dopiero później, jak oglądałem nagranie, zauważyłem, że w pierwszym rzędzie stał chłopczyk, który co chwilę przebijał bańkę paluszkiem.

Skoro już o chłopczyku mowa… Zostawiliśmy tego małego Kubusia z początku rozmowy, ale wróćmy do niego na chwilę. Przed naszym spotkaniem miałam taką refleksję, że kiedy myślę o swoim dzieciństwie, mam takie czarne dziury w pamięci. Nie pamiętam swoich ulubionych zabaw, nie wiem nawet, czy miałam ulubioną zabawkę. Wiem, że lubiłam rozbierać podłogę z klepek… Ale bańki mydlane pamiętam! To chyba taka kotwica, która wielu z nas kojarzy się z beztroską i radością. A jak tu wyglądało u małego Kuby?

Pamiętam bańki, ale w moim dzieciństwie nie były czymś wyjątkowym. Ja zawsze lubiłem majsterkować, kombinować i tworzyć coś samodzielnie. Od małego interesowałem się zabawkami twórczymi, jakimiś kreatywnymi zadaniami. Później, kiedy byłem trochę starszy, u dziadka miałem prawdziwy warsztat do majsterkowania – dziadek robił szyldy reklamowe, wycinał wszystko ręcznie. Miałem też zdolności manualne, więc mu pomagałem i coś tam sobie u niego dorabiałem. U taty w ogrodzie też coś próbowałem działać… Hodowałem sadzonki iglaczków, ale marny ze mnie ogrodnik, bo przez zimę wszystko mi zamarzło.

Masz dobre wspomnienia z dzieciństwa i nastoletnich lat?

Super! Mam też co prawda trochę wspomnień nie do końca legalnych, ale opowiem Ci o nich, jak wyłączysz nagrywanie. No krótko mówiąc, robiłem w życiu dużo ciekawych rzeczy… Ale później już byłem grzeczny. [śmiech]

Wyszalał się za młodu, a później już był grzeczny! A Ty miewasz teraz momenty, kiedy potrzebujesz takiego wyciszenia w ciągu dnia? 

Idę na drzemkę i tyle jest mojego wyciszenia. Nie umiem się wyciszyć i to jest właśnie mój problem.

Musisz być cały czas w działaniu? 

Cały czas muszę coś robić. Jak jestem w domu, a to zrobię pranie, skoszę trawę, zacznę ścierać kurze, albo gdzieś pojadę czy pójdę na grzyby. To jest to moje ADHD i jakby wiem, że powinienem właśnie uspokoić się, mieć takie momenty, ale nie potrafię…

A powiedz mi, czy teraz Twoja biznesowa ambicja jest już zaspokojona, czy cały czas chcesz więcej?

Jest zaspokojona, ale nie wiem, czy to dobrze. W zasadzie wyłączyłem się trochę z życia firmy, praktycznie tam już nie jeżdżę.

Czy to oznacza, że masz od wszystkiego ludzi, czy raczej już nie potrzebujesz być w centrum i nie sprawia Ci to satysfakcji?

Wszystko po trochu. Mam zespół, a kilka lat temu wsparła nas zewnętrzna firma, która pomogła uporządkować wiele procesów w organizacji. Oczywiście moja obecność pewnie by pomogła, ale aktualnie moja była żona pracuje w firmie i odpowiada za wiele spraw. Robi to naprawdę dobrze. Kiedyś robiłem wszystko sam – od marketingu, przez opakowania… i szczerze mówiąc, nie umiałem tego i nie lubiłem. Teraz mam świetnych ludzi na swoich miejscach – od handlowców, przez grafików, po innych specjalistów. Ja sam zajmuję się głównie finansami i lubię czasem zajrzeć do laboratorium. To mi w zupełności wystarcza.

A czy teraz, patrząc z perspektywy czasu na te lata, kiedy sam wszystkim się zajmowałeś, angażowałeś w to sto procent swojego czasu – masz poczucie, że coś przez to straciłeś? Że coś bezpowrotnie minęło?

Może trochę tak, ale nie rozmyślam o tym. Uważam, że mam cudowne życie i niczego mi nie brakuje. Trzeba się cieszyć z tego, co się ma, a nie zadręczać tym, czego się nie ma.

Potrafisz doceniać małe rzeczy?

Staram się. Doceniam szczególnie to, że mam teraz bardzo dużo czasu, a to jest dla mnie najważniejsza  waluta.

To co robisz z tym czasem?

Mogę po prostu żyć. Tak jak teraz – siedzieć z Tobą beztrosko, bez pośpiechu. Jestem po rozwodzie, więc mam dzieci w opiece naprzemiennej, a to też wypełnia mój czas. Mam dwie córeczki – 6 i 10 lat – i kiedy są ze mną, staram się być w stu procentach obecny. A kiedy są w szkole czy przedszkolu, też nie narzekam na nudę. Zawsze znajdę sobie coś do zrobienia.

Na przykład polatam? 

Zawsze! Jak tylko jest pogoda, to latam. Fajne jest to, że przy okazji mogę poznać mnóstwo ciekawych ludzi, pogadać…

A córeczki z Tobą latają?

Tak! Jedna od razu powiedziała, że chce być moją pierwszą pasażerką. Odpowiedziałem, że na razie nikogo nie biorę – chcę najpierw się oswoić, nabrać pewności, poczuć, że mam wszystko pod kontrolą. A ona na to: “Dobrze, ale jak już będziesz kogoś brał, to ja chcę być pierwsza!”

Była pierwsza?

No nie była… 

Może nie mów jej tego! 

Przyznałem się. Ale to wyszło zupełnie przypadkiem! Poleciałem kiedyś odwiedzić kolegę, który mieszka niedaleko lotniska. Mówię: “Chcesz polatać?”, a on na to: “No pewnie!” No i polecieliśmy. Potem powiedziałem o tym córce i usłyszałem: “Tato, przecież mi obiecałeś!” Więc od razu ją uspokoiłem: “Spokojnie, pierwszą pasażerką – kobietą – będziesz Ty”. No i dotrzymałem słowa. Latały już ze mną kilka razy.

To powiedz, proszę, skąd w ogóle to latanie się wzięło? 

Z przypadku. 

A jest coś w Twoim życiu, co nie zrodziło się z przypadku? Może to nie są przypadki? Może po prostu tak miało być?

Fakt, to zależy, jak na to spojrzysz. A skąd wzięło się latanie? Z nudów! Wszedłem sobie w zeszłym roku na Allegro, tak po prostu – z ciekawości, żeby zobaczyć, co tam jest w kategorii “inne pojazdy”. No i patrzę: wiatrakowiec. Wiedziałem, że coś takiego istnieje, a poza tym nic więcej. Wpisałem w YouTube, zacząłem oglądać filmiki… i zobaczyłem, że ma same zalety! Że jest łatwiejszy w nauce niż samolot, że lata na zwykłe paliwo, potrzebuje mało miejsca do startu i lądowania, i że jest najbezpieczniejszy ze wszystkiego, co lata. No to myślę – pojadę, zobaczę, czy mi się to w ogóle spodoba. Najbliżej takie loty były w Gliwicach, więc godzina drogi ode mnie. Umówiłem się na lot i od razu wiedziałem, że to jest to. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat wcześniej leciałem małym samolotem i wtedy mocno wiało – rzucało na wszystkie strony. Całą drogę żałowałem, że się na to zdecydowałem. A tu, w wiatrakowcu, jest zupełnie inaczej – dużo mniej turbulencji, jest stabilniejszy, odporniejszy na wiatr. Po locie wypytałem o wszystko, zrobiłem badania lekarskie. Nie było przeciwwskazań, więc pojechałem do producenta. Dostałem namiary na instruktora, potem znalazłem używaną maszynę, kupiłem ją i zacząłem uczyć się latać. 

Najpierw kupiłeś maszynę, a później uczyłeś się latać?

Też wydawało mi się to bez sensu, ale instruktor powiedział: “Jeśli masz zamiar kupić, to ucz się od razu na swojej”. No i tak właśnie zrobiłem. I złapałem bakcyla…

Z końmi było tak samo? Że niby kolejny przypadek?

Owszem! Zacząłem późno, bo mając dopiero 29 lat. Więc w zasadzie trochę “na starość”. Kiedy już nauczyłem się podstaw i brałem udział w pierwszych zawodach, rywalizowałem z dziewczynkami w wieku 10-13 lat. Ale nie dawałem im żadnych forów.

Nie patrz tak! Mówiłem sobie: “Nie patrzmy na wiek, jesteśmy równymi zawodnikami”. Później trenerzy mówili: “Daj spokój tym dziewczynkom, idź na wyższą kategorię”. No i szedłem wyżej, a im wyżej, tym trudniej. Poprzeczka – dosłownie i w przenośni – była coraz wyżej. Takie zawody zawsze kosztują mnie mnóstwo stresu, ale na pewno jest to też jakiś sposób na wyładowanie emocji. Kiedyś takim regulatorem emocji był dla mnie alkohol. Pomagał odreagować, trochę ułatwiał kontakty. Ale od ponad 5 lat nie piję i jest to moje świadome postanowienie. 

To był duży problem?

Wszyscy znajomi się dziwili, że przestaję pić. Mówili, że przesadzam, że nie mam problemu. A ja sam czułem, że było tego za dużo. Zawsze wydawało mi się, że na wyjściach towarzyskich musi być piwo, że tak trzeba, że inaczej się nie da. A teraz widzę, że można inaczej. I życie ma wtedy zupełnie inną jakość.

Wiesz, co mnie zastanawia… Czy Ty miałeś w życiu coś, czego spróbowałeś i stwierdziłeś: “Nie, to jednak nie dla mnie”? Bo mam wrażenie, że czego się nie dotkniesz, to zamieniasz w złoto.

Była masa takich rzeczy! Próbowałem medytacji, jogi… ale nie potrafię się skupić. Bardzo mnie to nudzi. Wiem, że powinienem… może kiedyś się zmuszę. Próbowałem też różnych warsztatów – gotowania, malowania… Dostałem kiedyś w prezencie warsztaty malarskie w jakiejś knajpce. Temat: „Ptaszki zimą”. A ja nawet nie wiedziałem, jakie są rodzaje farb! Ale wszedłem na YouTube i się nauczyłem. To znaczy trochę…

Boję się zapytać, czego jeszcze nauczył Cię YouTube…

Na studiach uczyłem się otwierać zamki. Wiesz… samochody, kłódki, różne takie. Chciałem nawet zrobić z tego licencję.

Chciałeś zostać ślusarzem?

Nie śmiej się! Chciałem otwierać zamki! Na Zachodzie są nawet zawody w otwieraniu zamków na czas. Kto szybciej otworzy je wytrychami.

Słuchaj, wszystko przed Tobą! A powiedz mi, czy były w Twoim życiu takie momenty, które naprawdę Cię przycisnęły? Takie, których może z natury nie rozpamiętujesz, ale które wymagały od Ciebie najwięcej siły?

Myślę, że takim momentem był rozwód. Generalnie w skali najbardziej stresujących momentów w życiu, rozwód jest na drugim miejscu. Nawet wyżej niż pobyt w więzieniu. Na pierwszym miejscu jest śmierć osoby bliskiej, a dalej rozwód… Choć było to z mojej inicjatywy, to mimo wszystko było trudnym doświadczeniem. Mieszkałem wtedy przez rok w przyczepie kempingowej. Pomyślałem, że to nie potrwa długo, a przyczepa daje pełną swobodę – mogę z dnia na dzień się stamtąd zawinąć. Wynajem mieszkania wymaga umowy, papierologii, a tu – pełna elastyczność. Ale trochę przedłużyło się życie w tej przyczepie… 

…w której jak zimą zamarzała woda, to szedłeś myć się na siłownię?

Ale w środku było ciepło! Trudniejszy był też na pewno czas COVID-u… Wiadomo – było ciężko. Żadna tarcza mi się nie należała, więc trzeba było kombinować. Zaczęliśmy wtedy robić odkażacze. Akurat mieliśmy butelki, więc wtedy to był nasz atut. I właśnie z tej sytuacji wyszło coś dobrego, ponieważ te odkażacze można było robić jako produkt biobójczy albo jako kosmetyk. My wybraliśmy drugą opcję. Musieliśmy więc przystosować pomieszczenia, uzyskać zgodę z sanepidu… Ale dzięki temu zaczęliśmy robić kosmetyki na stałe – pianki do kąpieli, błyszczyki, lakiery, perfumy. To nie jest może główny filar firmy, ale otworzyło nową drogę. Coś, co początkowo było trudnością, okazało się dla nas szansą. Nie miałem tarczy, więc sam ją sobie zrobiłem.

A co jest Twoją tarczą w życiu? Gdzie szukasz siły w trudniejszych momentach?

Myślę, że jest nią rozmowa z kimś bliskim. No i chyba też taka świadomość, że trudne momenty mijają. One nigdy nie są na zawsze.

Panuje takie przekonanie, że faceci rzadziej mówią o emocjach, o trudnych momentach. Że to niby nie męskie”. Ty potrafisz o tym mówić?

Już tak, kiedyś nie potrafiłem. Teraz, kiedy pojawia się trudniejszy moment, lubię sobie po prostu pogadać. Chodziłem też na terapię i to na pewno mi pomogło. Cały czas nad sobą pracuję. Wiesz, dorastam… Wyrastam z tego Kubusia. Staram się nie żyć urazami. Dawniej bywało inaczej – potrafiłem być biernie agresywny i karać ciszą, ale dziś staram się to zostawić za sobą. Może coś przemilczeć na chwilę, żeby później na spokojnie wyjaśnić. Ale też nie jest tak, że jestem ostoją spokoju, bo czasem buntuję się przeciwko różnym przeciwnościom losu. Kiedyś na przykład byłem bardzo mściwy…

Ty? Mściwy?

No, był taki okres. Pamiętam, że kiedyś zaaplikował do mnie do pracy pewien chłopak. Umówił się ze mną na godzinę 10. Dzwonię dziesięć minut po i pytam, co się dzieje. A on mówi, że zaraz będzie, po czym rzuca “halo halo” i wyłącza telefon. Że niby urwał mu się zasięg. Na rozmowę nie dotarł. Pomyślałem wtedy: „Dobra, ja ci pokażę, kto tu rządzi”. Miałem jego CV, więc przygotowałem ogłoszenie na stanowisko idealnie dopasowane do jego kwalifikacji – w wymyślonej firmie, z lokalizacją tak, żeby miał blisko do pracy. Zaaplikował, zaprosiłem go na rozmowę. Poszedł pod wskazany adres, dzwoni do mnie i pyta, gdzie to jest, bo niby jest na miejscu, ale takiej firmy nie ma. A ja mówię: “I co? Fajnie umawiać się z kimś i nie przychodzić?”. On pyta: “Jak to?”. A ja: “Halo, halo” – i rzuciłem słuchawką. Myślę sobie: “Masz za swoje”. No i powiedz mi, czy to było normalne? Nie było normalne. Było żenujące. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy poświęciłem temu sporo energii. Jeździłem specjalnie w miejsce, gdzie wiedziałem, że kierowcy źle jeżdżą. Że nie stosują się do znaków. Jechałem tam tylko po to, żeby ich strąbić. Z nudów. Wyjeżdżałem, żeby pokazać, że ja tu rządzę. Kiedyś taki byłem, ale na szczęście, udało mi się tego wyzbyć…

Nie przestawaj. Kontynuuj…

Dobra, jeszcze jedno! Zawsze z równowagi wyprowadzało mnie, to gdy ktoś parkował na miejscu dla inwalidów. Walczyłem o to, niby w dobrej wierze, ale wiem, że moja motywacja była trochę inna. Przynosiło mi to satysfakcję… te emocje, możliwość skonfrontowania się. Teraz gdy widzę coś takiego, ciśnienie mi się podnosi, ale już nie walczę. Odpuściłem, bo uświadomiłem sobie, że robiłem to głównie po to, żeby pokazać komuś, że mam rację.

Może miałeś za spokojne życie, skoro szukałeś takich emocji? Teraz ich nie szukasz? 

No właśnie nie.

Teraz chodzisz na grzyby… A powiedz mi, Ty masz jakieś marzenia?

Nie mam. Żyję dniem dzisiejszym i wierzę, że jeszcze coś mi los przyniesie. Przecież cały czas podsuwa mi same fajne rzeczy.

Wylosowałeś naprawdę dobrą kartę! 

Uważam, że mam dużo szczęścia.

I oby ta szczęśliwa karta nigdy się nie odwróciła!

Przed naszym spotkaniem znałam tylko historię o chłopaku, który jeszcze za studenckich czasów zbudował imperium na bańkach mydlanych. Nic więcej nie wiedziałam. Dlatego chciałam dowiedzieć się, kim jest człowiek, który stoi za tym sukcesem. Kiedy spisywałam naszą rozmowę, pomyślałam, że jesteś chyba najbardziej zaskakującym rozmówcą, jakiego miałam. Takim, którego nie da się przewidzieć. Człowiekiem, który w jednym zdaniu potrafi zaciekawić, w kolejnym rozbawić, a potem nagle – zaskoczyć historią, o której sam chyba nawet nie myślał, że ją opowie. Historią, przy której stawia gwiazdkę i mówi: “Nie do publikacji”. Kuba – jesteś dla mnie odkryciem. Nie z internetu, a z tej rozmowy. Takiej, po której człowiek unosi się w powietrzu. Jak bańka. I wiatrakowiec. Choć to jeszcze przede mną…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *