“MOŻE JESZCZE JAKIŚ PRZYPADEK W ŻYCIU SPRAWI, ŻE COŚ CIEKAWEGO SIĘ W NIM WYDARZY” – MICHAŁ FAJBUSIEWICZ
Michał Fajbusiewicz. Fajbus. Agent 997. Był kaowcem, kelnerem, kierownikiem ośrodka wypoczynkowego, laikarzem. Znany, utożsamiany i podziwiany przede wszystkim jako autor i prowadzący kultowy magazyn kryminalny 997. Dziś jego fani mogą być jednak rozczarowani – nie będzie charakterystycznego głosu, apelu do telewidzów ani pozłacanego zegarka w zamian za informację o sprawcy.
Będzie za to historia człowieka, którego przez lata zamknęliśmy w trzech cyfrach. Bo choć to właśnie ten program przyniósł mu rozpoznawalność, w jego dorobku jest o wiele więcej ważnych pozycji. Wrócimy więc do materiałów, których nigdy nie udało mu się zrealizować, i do tych, z których jest najbardziej dumny. Porozmawiamy o “dziele życia” i o życiu, które – jak sam mówi – jest dziełem przypadku. Będzie o modzie, podróżach i “najpotworniejszym” materiale, który przyszło mu zrealizować (bynajmniej nie kryminalnym). Krótko mówiąc – będzie to próba odklejenia łatki przyklejonej Panu Fajbusiewiczowi. Bo to człowiek nie tylko od kryminałów, ale przede wszystkim… od ludzi.
Panie Michale, na początek muszę się Panu do czegoś przyznać. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tytuł pańskiej książki “Fajbus. 997 przypadków z życia”, pomyślałam sobie, że jest w tym trochę kokieterii. Przecież wydaje się, że Michała Fajbusiewicza wszyscy doskonale znamy. Kojarzymy Pana z numerem 997, ale – jak się okazuje – tych “numerów” w Pańskim życiu było zdecydowanie więcej. Od napisania książki minęło już trochę czasu, więc chciałam zapytać – gdyby dziś, po tych latach, miał Pan dopisać jeszcze jeden przypadek ze swojego życia, to co by to było?
Moje życie składa się z samych przypadków, które po prostu się zdarzały – zarówno w twórczości, jak i w życiu prywatnym. W zasadzie ja nawet jestem teraz w takiej fazie oczekiwania na jakiś kolejny przypadek. Nie wiem, czy mam się już wycofać z aktywności zawodowej, czy jeszcze coś robić, na coś czekać. Nigdy w życiu nie podejmowałem jakichś celowych działań, żeby do czegoś doprowadzić. Generalnie o nic nie zabiegałem. To wszystko przychodziło do mnie samo.
A co z planami i marzeniami? Czy było coś takiego, co naprawdę Pan sobie wymarzył i musiał jednak sam doprowadzić do spełnienia?
Jedyną rzeczą, którą zaplanowałem w życiu, było to, że gdy przejdę na emeryturę, wybuduję dom w miejscu, które uwielbiam i do którego jeżdżę od 40 lat – i to właśnie zrobiłem. Reszta to już raczej splot przypadków. W sumie tak funkcjonuję: jeśli pojawia się jakaś propozycja czy zaproszenie, to je przyjmuję i realizuję. Jeśli nie – to nie. Nie robię nic na siłę. Ale kto wie, może jeszcze jakiś przypadek w życiu sprawi, że coś ciekawego się w nim wydarzy?
Cały czas jest Pan w pozycji wyczekującej… A gdyby przypadkowi chciał Pan pomóc, to co by zrobił?
Jeśli mam jakieś plany, to aktualnie dotyczą one wyjazdów zagranicznych. Staram się raz na kwartał gdzieś wyjechać, w mniej lub bardziej egzotyczne miejsca. Najczęściej jednak poza Europę. Teraz czeka mnie jesienny wyjazd do Sierra Leone i na Bałkany. Ale i to zazwyczaj jest kwestią przypadku, bo najczęściej ktoś zadzwoni, zapyta, zaproponuje, a ja z chęcią propozycję przyjmę, by poznać nowe miejsca i ludzi.
Tych miejsc na swojej mapie mógłby już Pan trochę zaznaczyć. Będzie ze 150? A Polska?
Nie omijam Polski, ale Polskę znam bardzo dobrze z dwóch powodów. Po pierwsze – uczyłem się w bardzo dobrym liceum, z którego raz w miesiącu organizowane były wyjazdy w różne regiony kraju. Po drugie – jestem z epoki autostopu, który już praktycznie nie istnieje, chyba że w piosenkach, więc mając naście lat naprawdę dużo jeździłem i zobaczyłem kawał Polski. Później, od 1986 roku, gdy zacząłem program “997”, zjeździłem ją wzdłuż i wszerz.
Panie Michale, zanim więc popodróżujemy sobie przez to Pana życie, chciałabym przedstawić swojego rozmówcę w kilku słowach. Pana słowach. Pozwoli Pan, że przytoczę jeden cytat, a właściwie – krótką charakterystykę. “Król życia, koneser dobrej kuchni, alkoholu, miłośnik doborowej kompanii i znawca mody” – co dziś zechciałby Pan dopisać?
To ostatnie chyba trzeba skreślić. Nie byłem na żadnym pokazie mody od pięciu czy sześciu lat. Kiedyś zdarzało mi się bywać na nich kilka razy w roku, także za granicą. Ale wie Pani, przedwczoraj obejrzałem „Słodko-gorzki” – film z 1995 roku. Nigdy wcześniej go nie widziałem, a sięgnąłem po niego tylko dlatego, że główną rolę gra Anita Werner. Nie miałem pojęcia, że wystąpiła w tym filmie. To zresztą ciekawa historia, bo Anita prowadziła moje pierwsze programy o modzie. Miałem wtedy cykl “Nasza szafa”, a ona była początkującą modelką. Chodziła do tego samego liceum co ja – do łódzkiego “Kopernika”, oczywiście wiele lat później. Gdy przygotowywałem program, zwróciła moją uwagę i namówiliśmy ją do poprowadzenia pierwszych odcinków. Podejrzewam, że był to jej telewizyjny debiut, bo miała wtedy może szesnaście lat.
Ale skreślić? Znawcę mody? No co Pan, Pan zawsze taki elegancki…
Ja elegancki? Nie no, to jakiś gruby żart. Ja w zasadzie nigdy nie miałem garnituru w domu.
To na występy Pan pożycza?
Przyjeżdżałem do telewizji i zabierałem. Trzymałem wszystkie wyjściowe rzeczy w garderobie i wyciągałem je tylko wtedy, jak ludziom trzeba było się pokazać. Ale w domu nigdy nie miałem garnituru. Na starość kupiłem parę marynarek, bo mnie czasem ściągają na różne imprezy, ale ta ostatnia, na której się spotkaliśmy – “Kryminalne Miasto” we Wrocławiu i tysiące ludzi, którzy przyszli na spotkanie ze starszym panem, to rozłożyła mnie na łopatki.
Ale to chyba miłe?
Zaskakujące, ale bardzo miłe. Ja czasem jeżdżę na odcinanie kuponów po różnych domach kultury czy bibliotekach, ale to we Wrocławiu to istne wariactwo. Jak wszedłem na scenę, to umarłem z wrażenia.
Był Pan i jest “królem” – nie ma to tamto. Ale podczas wspomnianego wydarzenia, zadano Panu pewne pytanie… “Czy było na Pana zlecenie?”. Porozmawiamy trochę o strachu?
Ostatnio miałem w tej mojej samotni gościa, który zapytał, czy nie boję się tu mieszkać sam, bo aktualnie od kilku tygodni spędzam tutaj czas samotnie. Do najbliższego domu mam kilometr, wokół właściwie nic nie ma. Powiedziałem mu, że jeśli ktoś przez całe życie zajmuje się sprawami zabójstw, to wie, że częściej dochodzi do nich w blokach niż w domach jednorodzinnych. W bloku łatwiej kogoś zaatakować, bo nikt nie zwraca na nikogo uwagi, a tu u mnie każdy człowiek, każdy obcy samochód od razu rzuca się w oczy.
Była w Pana życiu taka sytuacja, kiedy Komenda Główna poinformowała, że nie jest w stanie zagwarantować Panu bezpieczeństwa. Usłyszał Pan wtedy wprost, że albo będzie miał ładunek wybuchowy pod samochodem, albo Pana odstrzelą. Czy w takiej chwili nie przyszła Panu do głowy myśl: “A na cholerę mi to było?”. Że może trzeba było jednak żyć inaczej, skoro miał Pan doświadczenie w 11 różnych zawodach?
Jeśli chodzi o bojaźliwość, to wtedy brała ją na siebie moja nieżyjąca już od wielu lat matka, ale to było jeszcze w latach 90. Wtedy nawet mnie trochę przymuszała, żebym z tym wszystkim dał spokój. W tej przytoczonej sytuacji, przyznam się, że bardziej byłem wściekły na centralę policji niż przestraszony. Mimo to wykonywałem mnóstwo zapobiegawczych czynności, bo jednak bałem się, że ktoś może naprawdę mnie odstrzelić… Były takie trzy, może cztery miesiące, kiedy opuszczając jakikolwiek budynek najpierw wyglądałem przez okno, czy ktoś nie stoi na dachu z karabinem. Miałem też takie małe lusterko teleskopowe na wysięgniku, którym sprawdzałem podwozie samochodu. To był bardzo nieprzyjemny okres. W każdym razie to pokazuje, jak wtedy policja była bezradna i jak leżała na łopatkach, kiedy zaczęły się wojny gangów i tego typu zjawiska.
Zostawiając kryminał… Podczas jednej z pierwszych naszych rozmów powiedziałam Panu, że chciałabym Pana trochę wyciągnąć z tej “szufladki 997”.
Bardzo bym tego chciał. Cały czas nad tym pracuję… Choć bez tego programu nie byłbym w miejscu, w którym jestem, nie chcę być już zamykany w tej szufladzie.
To popracujmy nad tym razem. Proszę powiedzieć, jaka rola w Pana życiu, jakie dzieło, jakie dokonanie jest dla Pana najcenniejsze, a jednocześnie wydaje się niedocenione?
Dla mnie dziełem mojego życia jest film o profesorze Janie Karskim. I to jest w zasadzie jedyny film, który od czasu do czasu pojawia się w telewizji – zwykle późno w nocy, przy okazji jakichś rocznic urodzin czy śmierci profesora. Próbuję wracać do tego materiału i docierać do różnych instytucji, muzeów, instytutów, które zajmują się historią, bo mam bardzo dużo niewykorzystanych materiałów związanych z profesorem Karskim. One właściwie nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Mówimy o człowieku, o którym Bill Clinton mówił, że jest jedną z dziesięciu najważniejszych postaci XX wieku na całym świecie. Mówimy o człowieku, który został pośmiertnie odznaczony Medalem Wolności przez Baracka Obamę.
Dokładnie tak! Spędziłem z profesorem Karskim i jego asystentem – Waldkiem Piaseckim, który był współtwórcą filmu, prawie 30 dni zdjęciowych w różnych miejscach. Do tego dochodziły spotkania prywatne – już poza zdjęciami – i kontakt z wieloma ludźmi, których profesor znał albo chciał poznać. Doprowadziliśmy między innymi do spotkania z Jerzym Giedroyciem w Maisons-Laffitte pod Paryżem. Nie widzieli się przez 50 lat, mimo że wcześniej byli ze sobą w kontakcie. To było dla mnie i dla nich ogromne wydarzenie. Karski poleciał z nami do Paryża również dlatego, że miał tam swoje pierwsze misje kurierskie, więc ten kontekst historyczny był bardzo ważny dla filmu. Cieszy mnie też, że Telewizja Polska uruchomiła cykl “Perły archiwów TVP”, ponieważ pokazują rzeczy, które są dla mnie absolutnym zaskoczeniem – takie, o których nie pamiętam, że je realizowałem. Niedawno wyciągnięto materiał z 1983 roku. Jestem wzrokowcem – kiedy widzę kadr albo zdjęcie, natychmiast przypominam sobie całą sytuację, ale tam były dwie realizacje, o których zupełnie zapomniałem. Oglądałem je z ciekawością, nawet nie wiedząc, jaka będzie puenta. W latach 80. zrobiłem bardzo dużo materiałów oprócz cyklicznych programów. Prowadziłem wtedy program raz w miesiącu, więc miałem stosunkowo dużo swobody realizacyjnej. Z perspektywy czasu widzę też, że gdybym pracował w centrali, w Warszawie, w telewizji ogólnopolskiej – co zresztą kilkakrotnie mi proponowano, także z funkcjami kierowniczymi – to zapewne 90 procent rzeczy, nigdy by nie powstało. W Łodzi miałem ogromną wolność. Dzięki temu nie było właściwie tematu, którego bym nie dotknął.
Większość materiałów – tak jak Pana życie – było dziełem przypadku?
Oczywiście! Na przykład kiedy pojechałem na Amazonkę robić reportaż o polsko-amerykańskim bohaterze, po przylocie do Limy, na lotnisku czekał na nas ambasador Polski, którego wcześniej nie znałem. Okazało się, że bardzo zależy mu na tym, żebyśmy zrealizowali reportaż w Andach o zabójstwie dwóch polskich braci na misji katolickiej. Była akurat dziesiąta rocznica tych wydarzeń. Telewizja była tam już wcześniej, ale wioska wtedy była tak zastraszona działalnością “Świetlistego Szlaku” (skrajnie lewicowa peruwiańska terrorystyczna organizacja polityczno-wojskowa – przyp. red.), że ludzie nie chcieli rozmawiać przed kamerą. Tym razem jednak sytuacja była nieco inna – byli już nowi misjonarze, dobrze wtopieni w środowisko, wobec czego była szansa na realizację. Ostatecznie udało się zorganizować ten wyjazd bardzo szybko – ambasada zmieniła nam bilety i w kilka dni musieliśmy zrealizować materiał. I właśnie dzięki temu przypadkowi powstał reportaż, który później został wykorzystany przez Episkopat jako jeden z dowodów w procesie beatyfikacyjnym tych dwóch zamordowanych braci. Wiem, że gdybym pracował w innej redakcji, w bardziej sformalizowanym systemie, takich rzeczy by po prostu nie było. W Łodzi mogłem działać bardzo swobodnie, często bez scenariusza – i o czym może nie powinienem mówić – bez wcześniejszej zgody. Na przykład podczas zdjęć z profesorem Karskim w Izraelu, które trwały w sumie 11 dni, zrobiłem równolegle 12 innych reportaży, zupełnie niezwiązanych z głównym tematem. Profesor był już bardzo schorowany, mógł pracować na planie maksymalnie 2–3 godziny dziennie, więc wykorzystywałem ten czas na inne realizacje. To było możliwe tylko w warunkach Telewizji Łódź.
Chce Pan powiedzieć, że to dzieło Pana życia – dokument o profesorze Karskim – też powstał przypadkiem?
Póki nie powstał ten nasz film, to w Polsce mało kto o nim wiedział. Ja też nie wiedziałem. Jeszcze do połowy lat 90., gdyby poszukała Pani w prasie jakichś publikacji, to może raz czy dwa był jakiś materiał. Marian Turski przyjaźnił się z profesorem, to coś tam o nim napisał. Gdy ten przylatywał do Polski, zawsze witał go na Okęciu. Ja z kolei w połowie lat 90. robiłem serię materiałów wokół “997” o pracy policji europejskich. Stanęło na tym, że miałem przygotować cztery odcinki o policji nowojorskiej. Zacząłem robić telefoniczną dokumentację, bo na inną nie było nas stać, a wówczas Waldek Piasecki – wspomniany sekretarz profesora Karskiego, delikatnie mnie opieprzył. Mówi do mnie: “Pan, Panie Fajbusiewicz jest z Łodzi. Wy macie takiego bohatera – profesora Karskiego, on niedługo umrze, a nikt o nim nie zrobił porządnego filmu. A wy chcecie o policji robić”. No i tak się zaczęła ta przygoda z profesorem. Później otworzyły się przede mną tematy żydowskie. Pierwszy raz dostałem chyba polecenie przygotowania materiału na 45. rocznicę likwidacji getta w Łodzi. Jak pokazał się film “Lista Schindlera”, to wtedy wielu Żydów otworzyło się, ale wcześniej nikt nie chciał o tym mówić. Wtedy poznałem wielu bohaterów o niezwykłych życiorysach. Uwieczniłem to dokumentami, ale o nich też rzadko się dziś mówi.
Zdarzało się, że ktoś wydawał Panu polecenie zrobienia materiału, którego Pan wcale nie chciał realizować? Albo że był Pan do tego w jakiś sposób zmuszony?
Bardzo rzadko zdarzały się takie sytuacje, że dostawałem polecenia realizacji konkretnego materiału. Pamiętam jednak, że kiedy nastała “Królowa Dwójki” – mam na myśli Ninę Terentiew – bywały momenty, w których otrzymywałem wyraźną sugestię, że muszę coś zrobić. Niekiedy – mimo że z całych sił starałem się wymigać – nie udawało się. Nawet niedawno wspominałem sytuację z łódzką grupą artystyczną “Łódź Kaliska”, która obchodziła 25 lecie powstania. W Muzeum Sztuki Współczesnej w Łodzi prezentowano ich różne przedsięwzięcia. Ponieważ był to dość “trudny” zespół, nie było chętnych, którzy chcieliby zrobić o nich reportaż. Wtedy właśnie zostałem do tego – delikatnie mówiąc – przekonany. Jedyne, co mnie łączyło z tą grupą to fakt, że zawsze lubiłem kobiety z bujnym biustem… Za bardzo się otwieram?
W sam raz.
No więc ta grupa eksponowała właśnie te piersi w swoich dziełach. Zresztą było parę skandali, bo przecież wozili te swoje modelki do zachodnich muzeów. One tam nagle ściągały futra i stały tak, jak je Stwórca stworzył.
I jak Pan wspomina to doświadczenie?
Jako jedno z potworniejszych.
Proszę mówić.
To był chyba najdłużej montowany program w moim życiu. Chyba z 5 miesięcy montowaliśmy to zanim poszło na antenę. Przyznam się, że po montażu już nie chciałem na to patrzeć. Może jeszcze kiedyś się odważę… Problem podstawowy był taki, że po pierwsze wszyscy byli po tak zwanym “użyciu”. Ja to robiłem na trzech poziomach klubu “Łódź Kaliska”, wozem transmisyjnym na siedem kamer… Nie mogłem opanować sytuacji, bo wszyscy byli nagazowani. Specjalnie ściągnąłem im kilku gości, na których mi zależało, między innymi profesora z Paryża, którego już na próbie upili winem. Jednak najgorsze były problemy natury realizatorskiej. Oni mieli tam te pięć czy sześć koleżanek po dwie czy trzy na każdym piętrze i każda z nich co chwilę podnosiła bluzkę do góry. I tak wkładała te piersi w obiektyw kamery. Pomijam już merytoryczną stronę tych wszystkich “ciężkich” rozmów, ale to był materiał praktycznie nie do zmontowania. No ale to byli artyści…
Byli wolni i tę wolność mocno akcentowali. Pan też miał w telewizji sporo wolności.
Teraz tak sobie myślę, że moja kariera ogólnopolska zaczęła się zresztą od dużej samowoli. Byłem młody, zdolny i miałem takie poczucie, że to wszystko mi się należy. Dopiero po latach zacząłem rozumieć, w jakim miejscu wtedy byłem i jak nietypowa była ta moja droga zawodowa.
Skoro już jesteśmy przy tym: “młody i zdolny”, to zanim przejdę do następnego pytania, proszę powiedzieć, z jaką myślą powitał Pan dzisiejszy dzień?
Że muszę policzyć drzewa do wycięcia.
Czy to oznacza, że do 11 różnych profesji na koncie, dopisujemy również rolnika?
Pod względem formalnym i podatkowym chyba jestem rolnikiem. Mam gospodarstwo rolne, ale ziemię wydzierżawiam. Nie prowadzę żadnej uprawy… żeby ktoś nie pomyślał, że na koniec życia coś mi się w głowie przestawiło.
Nie bez przyczyny zadałam pytanie o pierwszą myśl dzisiejszego dnia. Chciałam nawiązać do Pana wypowiedzi w książce. Proszę pozwolić, że krótko zacytuję: “Wstałem z myślą, że jestem młody, przystojny i fajny. Mam 31 lat. Wykonywałem wcześniej 11 różnych zawodów, a w dziennikarstwie to skarb. Więc zostanę dziennikarzem telewizyjnym i spełnię swoje marzenie”. Jak pomyślał, tak zrobił. I choć ta droga nie była od początku usłana różami, bo na dzień dobry usłyszał Pan “wypad”…
…to bardzo delikatne określenie, a tutaj nie przeklinamy?
Pan może do woli… No więc po tym, co tam Pan usłyszał, jak już wszedł w to dziennikarstwo i zdarzały się trudniejsze momenty, to nigdy nie pojawiła się myśl, że może lepiej było trwać przy spokojniejszych zajęciach? Że może lepiej byłoby zostać na tej plaży i dalej robić zdjęcia z małpami?
Fakt, byłem laikarzem, choć dziś pewnie większość nawet nie wie, o co chodzi. Oficjalnie pracowałem jako kaowiec w Funduszu Wczasów Pracowniczych, a w międzyczasie także jako kelner. Ale wracając do tych moich zawodów – najzabawniejsze jest to, że mam dwa kierunkowe wykształcenia – pedagogiczne i politologiczne, a nigdy w tych zawodach nie pracowałem.
Ale ten pierwszy chyba kiedyś się przydał…
A tak, zdarzyło mi się być kierownikiem kolonii, już w czasie pracy w telewizji. Miałem wtedy odpowiednie uprawnienia, byłem po rozwodzie i miałem utrudniony kontakt z dzieckiem – nie dlatego, że moja była żona tego nie chciała, tylko dlatego, że ja dużo pracowałem. Wykorzystałem więc sytuację, że byliśmy jeszcze w tzw. demoludach, a ówczesny Radiokomitet – bo wtedy radio i telewizja funkcjonowały razem – prowadził wymianę kolonii z krajami socjalistycznymi. W ten sposób przez kilka lat mogłem zabierać mojego małego Dominika na różne wyjazdy – od Jugosławii, przez Czechosłowację, NRD, Związek Radziecki i inne miejsca. Co roku, na miesiąc, wyjeżdżałem jako kierownik kolonii, oddelegowany przez telewizję.
Panie Michale, kiedy został Pan trochę ukarany i odsunięty od pracy w telewizji, bez środków do życia, otrzymał Pan zlecenie na trzy materiały “in blanco”, z pełną swobodą wyboru tematu. Gdyby dziś los znów podsunął Panu podobną okazję – bo sam Pan mówił, że być może czeka jeszcze na jakiś zawodowy “przypadek” – to czy jest temat, do którego chciałby Pan wrócić? Jest historia, którą wciąż chciałby Pan opowiedzieć?
Nigdy nie szukałem tych tematów. One same do mnie przychodziły. Tak samo było z tymi trzema zleceniami in blanco. O pierwszym “dziecku z probówki” wyczytałem gdzieś w gazecie. Miałem już sfilmowane chyba 8 miesięcy w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Co miesiąc jeździłem do tych matek, odwiedzałem je z kamerą. I co? I chwilę przed okazało się, że Szczecin nas ubiegł, bo to u nich przyszło na świat pierwsze dziecko poczęte metodą in vitro. Później przy okazji pracy nad “Expressem Reporterów” trafiłem do Rytla na Kociewiu. Po 185 latach mieszkańcy tej gminy starali się o przywrócenie miejscowości praw miejskich, ale władze nie chciały się na to zgodzić. Robiłem na ten temat reportaż i właśnie tam poznałem niezwykłego człowieka, który pokazał mi wydaną na Uniwersytecie Gdańskim w 1932 roku historię rodu – Wika-Czarnowskich, sięgającą XIII wieku. Pomyślałem wtedy, że warto nakręcić o tej rodzinie film. Zdjęcia powstały, ale nigdy nie udało mi się ich zmontować. Ruszyło “997” i cały projekt odszedł na bok. Do dziś w łódzkiej telewizji leży kilkanaście pudeł z materiałami, które nigdy nie doczekały się montażu. Jeszcze niedawno był taki jeden temat, do którego chciałem wrócić… W 1984 roku realizowałem materiał z Markiem Kotańskim w jego pierwszym ośrodku Monaru. To był jeszcze zupełnie inny etap jego działalności – zanim, jak to mówię, przeszedł “na klęcznik”. Wtedy pracował z narkomanami bardzo twardymi, momentami wręcz brutalnymi metodami. Spędziłem z nim cały dzień, obserwując psychodramę, którą prowadził z podopiecznymi. Materiał został nagrany i na tym się skończyło. Od początku obiecywałem sobie, że po dziesięciu czy piętnastu latach wrócę do tych ludzi i sprawdzę, kto z nich jeszcze żyje, komu udało się wyjść z nałogu i ułożyć sobie życie. Nigdy tego nie zrobiłem. Jak miałem czas, to nawet próbowałem odszukać te nagrania, ale ich nie znalazłem. Ale faktycznie jest to chyba temat, który do dziś gdzieś za mną chodzi. W archiwum zostało zresztą znacznie więcej takich materiałów – realizowałem kiedyś film o Leszku Pękalskim, nazywanym “Wampirem z Bytowa”. Mam nagrania z jedenastu miejsc w Polsce, w których miał rzekomo dokonywać zabójstw. Później jednak sprawa w sądzie potoczyła się inaczej – został skazany za jedno zabójstwo i jedno usiłowanie zabójstwa – a ja już nigdy nie usiadłem do montażu tego materiału. I tak został w archiwum. Sam Pękalski nie zgodził się na rozmowę ze mną, ale bardzo cenne materiały udało mi się zebrać w domu jego wujka, gdzie mieszkał. Zachowały się tam różne przedmioty, między innymi mapy, na których zaznaczał swoje trasy i miejsca dojazdów. Jestem przekonany, że komuś zrobił krzywdę znacznie większą, niż wynikało z wyroku, ale ta sprawa od strony prokuratorskiej została poprowadzona tak, że aż trudno w to uwierzyć.
I te materiały nigdy nie ujrzały światła dziennego?
Nigdy. Były tam nawet nagrania z wizji lokalnej z jego udziałem, zdobyte trochę nieoficjalnymi drogami. Dzisiaj coś takiego byłoby już właściwie niemożliwe.
Zastanawiam się, czy jest jakaś rzecz, ciekawostka na temat Michała Fajbusiewicza, która nigdy nie wybrzmiała w przestrzeni publicznej, której nie znajdziemy ani w “997 przypadkach z życia”, ani w żadnych innych materiałach, a o której świat mógłby się dowiedzieć?
Mam kilka, ale czy chciałbym aż tak zabrudzić sobie życiorys…?
No dobrze, a do tego wspomnianego wcześniej “króla życia” coś jeszcze dopiszemy?
Chyba zostały tylko podróże, ale one były już od końca poprzedniego stulecia.
Mówią, że podróże uczą, to w tych wszystkich wyjazdach zdarzyło się Panu dowiedzieć czegoś nowego o sobie? Coś Pana zaskoczyło i pozwoliło spojrzeć na siebie inaczej?
Czasami mam takie poczucie, że urodziłem się trochę za późno, bo mnie bardzo fascynuje ten prymitywny świat, który jeszcze w niektórych miejscach się ostał. Ale z drugiej strony jest w tym dylemat, bo ja bym chciał oglądać tych ludzi prawie nagich, w tych chałupach, bez jednego mebla czy bez jednego ciucha, a jednocześnie oni też chcą żyć inaczej. Dzisiaj internet i telefony przewróciły wszystko do góry nogami. W związku z tym te zmiany są takie, że jak się jeździ po świecie i chce się zobaczyć coś bardziej interesującego, takiego ludycznego, to się robi z tego cepelia. Młodzi się przebierają, malują… Jak przyjeżdża grupa turystów, są negocjacje z sołtysem, ile trzeba zapłacić, żeby można było zrobić zdjęcia. To się wszystko niewiarygodnie zmieniło. I z tego względu cieszę się z kolei, że jestem taki stary, bo mam poczucie, że to, co się będzie działo w Europie za kilka czy kilkanaście lat, będzie trudne. Ludzie z Afryki ruszą w tę stronę i to będzie rewolucja. A czy ja się czegoś dowiedziałem o sobie? Nie wiem, ale wiem, że te podróże były dla mnie ważne. Byłem parę lat temu w Uzbekistanie, gdzie mój ojciec – nieżyjący już prawie 40 lat – w czasie II wojny światowej ocalił życie i spędził tam 6 lat. Byłem też w wielu miejscach, w których on wtedy przebywał. Mam taki jeden temat, którego dotąd nie chciałem ruszać, bo wiąże się z trudnymi sprawami rodzinnymi… Jakieś 60 lat temu mój ojciec spisał swoje wspomnienia, ale mój brat je zablokował. Książka została wydana, ale ostatecznie nigdy nie trafiła na rynek. Jest to dla mnie ciężki temat, bo chciałbym wrócić do tego materiału i do tej książki. Świetnej książki – przynajmniej w moim odczuciu i w ocenie, jaką otrzymała choćby w Muzeum POLIN. Chciałbym, żeby mogła się gdzieś pojawić, być dostępna. Żeby ktoś, kto będzie pracował nad początkami Łodzi z XIX wieku, mógł do niej sięgnąć. Chciałbym po prostu zostawić to po moim ojcu, bo mu to obiecałem.
Zatem życzę Panu, żeby udało się do tego wrócić i żeby ta historia mogła w końcu wybrzmieć tak, jak Pan tego chce. Dziękuję, że się Pan tym podzielił. I z całego serca dziękuję za tę rozmowę – za szczerość, za lekkość i za każdy przytoczony tutaj dziś “przypadek”.
W rozmowę weszłam z ciekawością człowieka, który jej bohatera znał głównie z ekranu telewizora. Kojarzył przede wszystkim z programem “997”, oglądanym jako dziecko, po kryjomu, jednym okiem spod kołdry. Wyszłam z niej z wiarą, że udało nam się – jeśli nie wyjąć, to chociaż uchylić – szufladkę, w której przez lata trzymany był “Fajbus”. I nadzieją, że nieprzewidywalny splot wydarzeń sprawi, że lada moment nasz bohater będzie mógł dopisać w życiorysie swój 998 przypadek. Bo przecież trwa w fazie oczekiwania…
A Pan, Panie Fajbusiewicz, od czasu tej rozmowy jest “przypadkiem” z mojego życia, którym będę się z pewną czułością obnosić. Dziękuję!








Zobacz również
“WCHODZĘ DO IZOLATKI. LEŻY W CIEMNOŚCI. NIE SŁYSZY NAWET, ŻE WESZŁAM. BIORĘ JĄ NA RĘCE, A ONA WYSTRASZONA KULI SIĘ W SOBIE. PRZYTULIŁAM JĄ I ZADZWONIŁAM DO MĘŻA. POWIEDZIAŁAM, ŻE NIE ZOSTAWIĘ JEJ W TYM SZPITALU. LICZYŁAM SIĘ Z TYM, ŻE TO DZIECKO MOŻE NAM UMRZEĆ…” – KATARZYNA KOWALSKA
19 listopada 2020
„MUSIAŁAM UDOWADNIAĆ NIE TYLKO INNYM, ALE I SAMEJ SOBIE, ŻE ZASŁUGUJĘ NA TO, BY NORMALNIE ŻYĆ” – ANNA DZIEDUSZYCKA
17 kwietnia 2024