“DOŻYWOCIE WYDAWAŁO MI SIĘ GORSZE NIŻ KARA ŚMIERCI” – MARIUSZ MAJEWSKI
Resztę życia miał spędzić w kongijskim więzieniu. Trafił tam oskarżony o działalność szpiegowską i sabotaż, za co groziła mu kara śmierci. Doświadczenie, które początkowo było dla niego jedną z kolejnych “przygód”, niespodziewanie przerodziło się w walkę o przetrwanie. Utrata wolności odebrała mu wszystko, co miał. Ale gdy już ją odzyskał, dostrzegł, jak bardzo był krótkowzroczny.
W szczerej rozmowie wraca do momentów skrajnych – od uzależnienia, przez wyrok śmierci i dożywocia, aż po zaskakujące myśli o tym, że piekło więzienia bywało bardziej oswojone niż życie na wolności. Jednak to przez jej utratę i odzyskanie – zbudował siebie na nowo. Dziś jest zupełnie innym człowiekiem. Innym Mariuszem.
O uzależnieniu od adrenaliny i podróży, które z czasem stały się jego obsesją. O cenie niezależności i o złudzeniu kontroli nad własnym życiem. O tym, kim staje się człowiek, gdy odbiera mu się wszystko – łącznie z nadzieją. A w końcu – o głębokiej i pięknej przemianie – opowiada Mariusz Majewski, podróżnik, który jako najmłodszy Polak odwiedził wszystkie kraje świata.
Mariuszu, o Twojej historii powstała książka “Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu”, którą napisałeś wspólnie z dziennikarzem Jarosławem Kocembą. Jest też wiele rozmów, które opisują Twój pobyt w więzieniu i drogę do uwolnienia. Dlatego, jeśli się zgodzisz, chciałabym dziś pójść trochę w inną stronę. Skupić się bardziej na tym, co było “przed” i co jest “po”. Na tym, co te doświadczenia zrobiły z Tobą jako człowiekiem. Na tym, jak bardzo zmienił się Mariusz Majewski i co z zostało w Tobie z tamtego okresu. Powiedz mi więc proszę, gdybyśmy teraz usiedli z Mariuszem z lutego 2024 roku – człowiekiem, który dopiero rozpoczyna swoją podróż do Konga i posadzilibyśmy go obok Mariusza, który dziś siedzi naprzeciwko mnie – człowieka, który został oskarżony o szpiegostwo, sabotaż i zamach na życie prezydenta, spędził w afrykańskim więzieniu 100 dni, został skazany na karę śmierci, która w ostatniej chwili została zamieniona na dożywotnie więzienie – to czy ci dwaj panowie by się dziś rozpoznali?
Nie. Na pewno nie. Czasem jest tak, że mądrości można nauczyć się z doświadczeń innych – i to jest najlepsze, bo nic nas to nie kosztuje, albo trzeba to po prostu przeżyć na własnej skórze. Ja chyba byłem na tyle butny, że wydawało mi się, że jestem doświadczony. Zabiła mnie przede wszystkim rutyna. Wcześniej nigdy nie miałem większych problemów. Zawsze jakoś – sprytem, intelektem, czymkolwiek – udawało mi się wyjść z trudniejszych sytuacji. Jestem członkiem MENSY i myślałem, że skoro jestem inteligentny, to jestem też mądry, a to jedno z drugim absolutnie nie idzie w parze. Ta sprawa bardzo mnie zmieniła i mam wrażenie, że cały czas mnie zmienia. To jest proces. Myślę, że staję się bardziej odpowiedzialny, a mniej egoistyczny. Dopiero ta cała sytuacja pokazała mi, jaki naprawdę jestem. Zobaczyłem, że wcześniej myślałem głównie o sobie, że moje motywacje były w dużej mierze egoistyczne. Miałem swoje plany, swoje marzenia, wiele z nich zrealizowałem, ale cenę za to zapłacili ci, których najbardziej kocham. Mój syn do dziś ma problemy ze snem po tym, co się wydarzyło, chociaż przeszedł terapię. Moja partnerka, Mariola, też bardzo wiele wycierpiała. Dzisiaj na pewno nie postąpiłbym w ten sam sposób.
A co dzisiaj powiedziałbyś tamtemu facetowi?
Chciałbym mu powiedzieć: “Mariusz, są w życiu momenty, w których możesz wszystko stracić”. Chciałbym go przed tym uchronić. Ale on by i tak nie słuchał… Robiłby swoje.
Czytając książkę, miałam poczucie, że Jarek jest trochę takim głosem czytelnika – osoby, która słucha i słyszy, ale jednocześnie nie zawsze potrafi zrozumieć. W kilku miejscach dał temu wyraz i przyznam, że były momenty, w którym zareagowałam podobnie. Jednym z nich było to, że pomimo wszystkich doświadczeń i tego, przez co przeszedłeś, wcale nie odrzucasz ponownej podróży do Konga. Wręcz przeciwnie – mówisz, że chciałbyś tam wrócić. Mało tego – chciałbyś jako wolny człowiek stanąć przed więzieniem, w którym miałeś spędzić resztę życia. Zastanawiam się, czy to wciąż jest piękna pasja i zwykła ciekawość świata, czy wchodzimy już tutaj w obszar niebezpiecznej obsesji i potrzeby mierzenia się z bardzo dużym ryzykiem?
Powiem Ci, jak ja to czuję – ja chciałbym po prostu zobaczyć to więzienie z drugiej strony. Chciałbym stanąć tam jako wolny, całkowicie uniewinniony człowiek. Wydaje mi się, że byłoby to dla mnie zamknięcie pewnego etapu życia. Zostałem stamtąd nagle wyrzucony, wyrwany. Nie miałem pojęcia, dokąd mnie zabierają. Dosłownie wyciągnięto mnie z celi. Wszystko odbywało się szybko i brutalnie – kazano mi szybko spakować to, co miałem pod ręką, i wychodzić. Nie zdążyłem się z tym miejscem w żaden sposób pożegnać. Choć przeżyłem tam najgorsze dni swojego życia, chciałbym jeszcze wrócić tam jako wolny człowiek i spojrzeć na te mury z zewnątrz. Najbardziej jednak chciałbym, żeby coś się tam zmieniło. Żeby zmienił się los ludzi, którzy wciąż tam są. Moim marzeniem jest, żeby świat zainteresował się losem tych więźniów. Większość z nich po prostu tam umrze, a ich bliscy być może nigdy nawet nie dowiedzą się, co się z nimi stało. Paradoksalnie, w całym tym moim nieszczęściu, miałem szczęście – byłem Europejczykiem i …
… i miałeś za sobą ludzi, którzy o Ciebie walczyli.
Dokładnie. Pamiętam nawet moment, kiedy w radiu pojawiła się informacja o interwencji prezydenta Andrzeja Dudy. W więzieniu zrobiło się o tym głośno – dla nich to było czymś niewyobrażalnym, że prezydent jakiegoś kraju dzwoni w sprawie swojego obywatela do ich prezydenta. Tam nikt nie interesował się losem tych ludzi. Przecież był tam nawet Francuz, który siedział ze mną pod koniec mojego pobytu i mówił, że nawet Ambasada Francuska nie podjęła żadnych działań w jego sprawie. A przecież to kraj znacznie bogatszy od Polski, mający dużo większe możliwości… Wiem, że była taka dyskusja, czy w ogóle powinno się pomagać ludziom, którzy świadomie podejmują takie ryzyko. Jestem oczywiście po tej stronie, która uważa, że trzeba pomagać – nie dlatego, że mnie ktoś pomógł, ale po prostu. Lubię porównywać to do alpinistów – ktoś wchodzi na górę i wie, że jest niebezpiecznie, że może nie wrócić, że ryzykuje życie… To kiedy utknie albo złamie nogę – wysyłamy po niego śmigłowiec ratunkowy i ponosimy koszty, czy zostawiamy go tam, bo sam jest sobie winny? Przecież wiadomo, że to jest ryzykowne. Po co tam wchodził? A jednak nikomu nie przychodzi do głowy, żeby odmówić pomocy.
Skoro już do tego nawiązałeś… Kiedy w polskich mediach pojawiła się informacja, że Polak został skazany na dożywotnie więzienie w Kongu, rzeczywiście nie zabrakło komentarzy, że sam sobie na to zapracowałeś, że sam się w to wpakowałeś. Powiedz mi, czy Ty miałeś kiedyś pretensje do samego siebie? Pomyślałeś, że może jednak za bardzo ryzykowałeś? Że może nie podszedłeś do tego wystarczająco rozsądnie? Miałeś o to do siebie żal?
Myślałem, że jeśli kiedykolwiek będą jakieś konsekwencje moich decyzji, to poniosę je tylko ja. Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej i chyba właśnie z tego powodu mam do siebie największe pretensje. Pytasz, czy miałem żal do samego siebie…? To jest skomplikowane, bo człowiek zawsze próbuje się jakoś usprawiedliwić. Wymyśla różne powody, żeby nie stanąć w prawdzie przed samym sobą. Ja też tak robiłem. Gdzieś w środku myślałem, że gdyby prezydent Andrzej Duda nie zabrał wtedy głosu, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Miałem to przekonanie, że to przez to jego wystąpienie wszystko się posypało. Wróciłem do Polski z ogromnym żalem i złością. Powiedziałem o tym publicznie i od razu usłyszałem, że jestem niewdzięczny. Tyle że w tej samej rozmowie – w której mówiłem o żalu do prezydenta, mówiłem również, że jestem mu bardzo wdzięczny. Dla mnie jedno nie wyklucza drugiego – mogę być na kogoś zły, a jednocześnie czuć wdzięczność. Mogę jednocześnie dziękować i mieć pretensje. Dla wielu wszystko musi być czarno-białe – albo kochasz, albo nienawidzisz. A to nie jest mój świat i moje przekonania. Dzisiaj wiem jedno – to doświadczenie bardzo mnie zmieniło. Bez niego pewnie nadal byłbym człowiekiem sprzed tamtego wyjazdu i to jest jedyny pozytywny efekt tej historii. Tyle że jej koszt był ogromny…
Myślę sobie, że w Twojej historii jest pewien powtarzający się schemat – kiedy jedno znika, pojawia się coś następnego. Coś, co daje podobne emocje i podobne napięcie. Mylę się?
Kiedyś piłem dużo alkoholu, a potem przerzuciłem to na podróże. Wydawało mi się, że to już jest takie “bezpieczne”. Że nikogo nie krzywdzę. Czułem, że zamieniam coś destrukcyjnego na coś akceptowalnego. Wcześniej robiłem różne głupoty pod wpływem alkoholu. Były związki, w których zawsze ktoś przez to cierpiał. W końcu pomyślałem sobie: “Dobra, możecie mi już wystawiać pomnik, bo nie piję, a będę podróżował”. Oczywiście próbowałem sobie tłumaczyć, że to po prostu pasja, ale dziś myślę, że przekroczyłem granicę między pasją a uzależnieniem.
Zwykle myślimy, że jeśli ktoś zamienia alkohol, używki czy innego rodzaju uzależnienia na podróże, to jest to wyłącznie pozytywna zmiana. Właśnie takie “bezpieczne” uzależnienie. Tymczasem mechanizm pozostaje ten sam.
Na początku w ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dopiero później, kiedy zacząłem trochę czytać o uzależnieniach i o tym, że właściwie zmienia się środek, ale człowiek cały czas funkcjonuje w tym samym mechanizmie uzależnieniowym, zacząłem przyglądać się swojemu życiu. Okazało się, że wsiąkłem też w internet. Pochłonęło mnie planowanie podróży, szukanie biletów, cała ta otoczka. Spędzałem przed ekranem długie godziny. Moja pierwsza żona zwróciła na to uwagę. Widziała, że spędzam tam coraz więcej czasu. Dopiero wtedy naprawdę się temu przyjrzałem i zobaczyłem, że to prawda – przerzuciłem się na internet i podróże. Nie było to do końca zdrowe. To było wręcz obsesyjne. Wydawało mi się, że to “bezpieczne uzależnienie”. Tylko że są podróże i podróże – jest pasja i jest obsesja. U mnie to już szło w stronę obsesji. W pewnym momencie to, co robiłem, zaczęło być takie uzależnieniowe. Ja po prostu byłem w ciągłym ruchu, latałem, nie zagrzewałem nigdzie miejsca. W pewnym momencie świat stał się dla mnie statystyką – takim odhaczaniem kolejnych miejsc, a nie ich przeżywaniem.
Czułeś się osamotniony w tej podróżniczej pasji? Myślałeś, że bliscy nie rozumieją, że masz taką potrzebę eksplorowania całego świata?
Tak, ale mi się wydawało, że wszystko jest okej. Wiesz, ja też jestem DDA, więc u mnie w domu było dużo napięcia, taki ciągły dreszcz emocji. I to ze mną zostało. Ja potrzebuję adrenaliny, potrzebuję wyzwań. Potrzebuję tego, żeby coś się działo.
W przypadku Konga było podobnie?
Oczywiście. Patrząc z perspektywy czasu to było ciągłe przesuwanie granic. I w końcu życie wystawiło mi rachunek. Dogoniło mnie i przeżyłem najgorszy kawałek swojego życia.
A teraz coś się dzieje, czy masz raczej spokojne życie?
Mam spokojne życie i bardzo mnie to cieszy.
Naprawdę? To duża zmiana.
Nie myślę o wyjazdach. Żyję spokojniej. Mam też tę książkę i trochę się na tym zafiksowałem. Jest to też takie moje nowe zajęcie, może nawet nowe uzależnienie…
Chyba zdecydowanie bardziej bezpieczne! I dobrze Ci w nim?
Na razie tak, ale czuję też, że muszę mieć jakiś cel. Muszę mieć coś, na czym się skupiam. Muszę być w coś zaangażowany, bo inaczej się gubię.
Nie boisz się? Mówisz, że teraz książka, spotkania autorskie i rozmowy stały się czymś, na co trochę przerzuciłeś tę swoją energię. To też daje emocje, adrenalinę. Nie boisz się tego, co będzie, kiedy to się skończy?
Boję się. Bardzo słusznie to zauważyłaś. Boję się, bo mam coś takiego, że kiedy pojawia się pustka, od razu spada mi nastrój. Nie choruję już na depresję, ale mam stany depresyjne – momenty, kiedy nie mam celu, sensu działania. Dlatego boję się tego momentu. Jednocześnie już wiem, że muszę sobie wyznaczać kolejne cele i dlatego chcę na przykład skończyć Akademię Mówców. Myślę, że tego już w sobie nie zmienię – tego, że będę zawsze potrzebował jakichś wyzwań. Chodzi tylko o to, żeby nauczyć się wybierać te dobre i skierować energię na zdrowe rzeczy.
Patrząc dziś z perspektywy czasu na swoje doświadczenia – jesteś w stanie powiedzieć, że było w tym coś dobrego? Że miało też jakiś sens?
Wtedy, kiedy tam siedziałem i wokół mnie były same zgliszcza, zacząłem szukać sensu. Pomyślałem sobie, że każde doświadczenie jest po coś, że czegoś nas uczy. I to, co dało mi to kongijskie piekło, to przede wszystkim ta wspomniana zmiana. Druga rzecz to przewartościowanie – miałem dużo czasu na myślenie i zastanawiałem się, co jest w życiu naprawdę ważne. W pewnym momencie wydawało mi się, że już stamtąd nie wrócę, więc zacząłem podsumowywać swoje życie – co zrobiłem, czego nie zrobiłem, jakie miałem marzenia. I doszedłem do wniosku, że – tak, jak mówią ludzie w hospicjach – owszem, praca, ambicje, osiągnięcia są ważne, ale najważniejsze są relacje z ludźmi, szczególnie z tymi najbliższymi, których się kocha. Potem człowiek często żałuje, że czegoś nie powiedział, czegoś nie zrobił, że było za mało czasu.
Myślałeś o tym, co będziesz robił, jeśli wrócisz?
Myślałem, że jeśli uda mi się wrócić, to przede wszystkim muszę zapamiętać to, o czym dziś myślę i co czuję. I paradoksalnie to właśnie mnie trzymało przy życiu – myśl, że jeśli jeszcze wrócę, to muszę to wszystko jakoś naprawić i przeżyć inaczej. Coś zmienić. I w pewnym sensie cały czas to robię. Wydaje mi się też, że ta zmiana trwa nadal. Każda taka rozmowa coś we mnie uruchamia, czegoś mnie uczy. Nawet taka jak ta, bo zadajesz pytania, których nikt mi wcześniej nie zadał. Nad którymi nigdy się nie zastanawiałem.
Wiesz, tak myślę sobie, że dla wielu osób podróżowanie to coś więcej, niż tylko przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Często jest to poszukiwanie wolności, przekraczanie jakichś granic, przełamywanie barier. Ty w tej swojej podróży paradoksalnie trafiłeś do miejsca, w którym wolność przestała istnieć. Zastanawiam się, czy to właśnie to odebranie wolności było dla Ciebie najgorsze?
W pierwszym momencie tak. Później doszła tęsknota za bliskimi, ale ten pierwszy moment był najcięższy. Ja właśnie tę wolność ceniłem sobie najbardziej. To, że jestem wolnym człowiekiem, że mogę jechać, gdzie chcę, robić, co chcę. Że jestem niezależny. Myślałem, że wolność to właśnie przekraczanie granic. Że mogę sobie polecieć do kraju, gdzie jest wojna – i to jest mój wybór, moja wolność. Ale z czasem zrozumiałem, że wolność nie polega na samym przekraczaniu granic. Wolność jest to świadomość ceny, jaką mogę za to zapłacić. Jeśli ja ją rozumiem i mimo wszystko podejmuję decyzję – okej, wtedy to jest mój wybór. Ale jeśli nie biorę tej ceny pod uwagę, jeśli nie jestem na nią gotowy, to to nie jest wolność. Wtedy mi się wydawało, że jestem w pełni wolny, a w rzeczywistości byłem kompletnie niegotowy na konsekwencje. I to była też kwestia dojrzałości, której mi brakowało. Kwestia odpowiedzialności. Bo to nie jest tak, że moje decyzje dotyczą tylko mnie – mam czwórkę dzieci i wtedy w ogóle o tym nie myślałem, co by było, gdyby coś mi się stało? Co by było, gdyby ktoś zapytał dzieci, gdzie jest ojciec? Przez pierwsze tygodnie nie miały ze mną kontaktu, nawet nie wiedziały, czy żyję. I nagle pojawia się pytanie: co jeśli ja tutaj umrę? Nikt nawet nie będzie wiedział, co się ze mną stało. Nauczyłem się wtedy funkcjonować z dnia na dzień. Nie myśleć o jutrze. Myśleć tylko, aby przeżyć dzisiejszy dzień. Bo kiedy próbowałem myśleć dalej, w głowie miałem tylko jedno – ja tutaj umrę. To był dokładnie ten mechanizm, którego nauczono mnie przy wychodzeniu z alkoholu – nie pij tylko dzisiaj. Tylko dzisiaj. Wielbłąd może wytrzymać bez wody 24 godziny, to Ty też możesz wytrzymać bez alkoholu 24 godziny. I tak mijał dzień za dniem. Później zrobił się z tego miesiąc bez picia, rok… Wszystko w życiu zaczyna się od bardzo małych decyzji. Od tego pierwszego, małego kroku.
Zaraz po wtrąceniu do więzienia byłeś przekonany, że to tylko kolejna “przygoda”. Że to pomyłka i za chwilę Cię wypuszczą. Ale paradoksalnie pod koniec tej drogi, kiedy wolność była już niemal na wyciągnięcie ręki, chciałeś się poddać.
Momentów zwątpienia miałem wiele. Na szczęście one nigdy nie trwały długo. To była myśl, która przychodziła i rozkładała człowieka, ale po chwili mijała. Nawet wtedy, kiedy po raz pierwszy od dwudziestu lat dopadła mnie depresja i widziałem, że wszystko idzie w bardzo złym kierunku, ta głodówka, którą podjąłem, była dla mnie jakąś próbą zmiany. Jedną z decyzji, która miała coś poruszyć. Nie wiedziałem, co ona zmieni. Myślałem – może umrę, może to będzie rozwiązanie tej sytuacji, a może wydarzy się coś innego? Nie wiem, co wtedy miałem w głowie. Wiedziałem tylko jedno – jeśli nic nie zrobię, nic się nie zmieni. A jeśli zrobię cokolwiek, jest szansa, że coś się wydarzy. Do dziś nie wiem, czy to był podstęp mojego umysłu, już wtedy zamglonego, czy coś więcej, ale usłyszałem po prostu głos, który mówił: “Przestań jeść”.
Głos Twojej mamy.
Tak. Ja uważam, że to był głos mamy. Oczywiście mogę sobie tłumaczyć, że to był wytwór mojej wyobraźni, że moja psychika podsunęła mi takie rozwiązanie. Nie wiem, co to było, ale słyszałem go bardzo wyraźnie. Pomyślałem wtedy, że to i tak nic nie zmieni, przecież cały czas jestem głodny, ale jednocześnie była to jakaś myśl, jakaś decyzja, jakiś mały krok. A w takim miejscu człowiek cały czas szuka choćby najmniejszej rzeczy, która może coś zmienić. Przez kilka dni planowałem też ucieczkę. Zastanawiałem się, czy jeśli rozpędzę się po dachu, dam radę przeskoczyć na drugi budynek, czy po prostu spadnę. Obserwowałem strażnika wychodzącego na papierosa, liczyłem sekundy i sprawdzałem, czy wystarczy mi czasu, żeby wspiąć się na mur i przeskoczyć. Ale zaraz pojawiało się pytanie “A co dalej?”. Za murem była szkoła. Nawet jeśli udałoby mi się tam dostać, to co później? Wyjdę na ulicę? Przecież jestem biały – jakby rzucam się w oczy. Wystarczy, że ktoś zapyta: “Widziałeś białego?”.
Po powrocie do kraju miał czekać na ciebie najpiękniejszy moment – odzyskana wolność, bliscy, normalne życie. A tymczasem Ty łapałeś się na tym, że myślisz o powrocie do tego „piekła”?
Kiedy wróciłem, miałem zespół stresu pourazowego. Był taki moment, że rzeczywiście myślałem: „Ja chcę tam wrócić”.
Bo tam było łatwiej?
Bo tam nie było tych problemów, które miałem tutaj. To brzmi absurdalnie, bo tam było cholernie niebezpiecznie, ale nauczyłem się w tym żyć. Wiedziałem, gdzie nie wychodzić, do kogo nie zagadywać, kogo omijać, jak spać, jak funkcjonować. To wszystko było strasznie trudne, ale jakoś oswojone. A ten świat tutaj… Ja się go po prostu bałem! Przerażała mnie otwarta przestrzeń. Potrzebowałem małego okna, takiego jak tam, bo wtedy czułem się bezpieczniej. Najlepiej w środku, nigdy na zewnątrz. Nawet jazda samochodem wywoływała lęk, bo ta ogromna przednia szyba wydawała mi się czymś przytłaczającym. Moja terapeutka powiedziała mi, że to normalne, a ja długo zastanawiałem się, czy w ogóle jej się do tego przyznać, bo myślałem, że zwariowałem. Po powrocie wszyscy powtarzali: “Wróciłeś. Jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Żyjesz. Teraz będzie już tylko dobrze”. Ja też trochę się na to nastawiłem. Myślałem: co może być gorszego? A tymczasem było trudne zderzenie z rzeczywistością. Wtedy bardzo oddaliliśmy się z Mariolą. Nasz związek naprawdę dostał po kościach. Oczywiście pierwszego czy drugiego wieczoru rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, a później milczeliśmy. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać.
Wróciłeś z innego świata…
O tym samym myślałem. Może gdyby to było więzienie w Europie, byłoby inaczej. Tam jednak cały czas żyjesz w niebezpieczeństwie i chronicznym napięciu. Każdego dnia budziłem się w pełnej gotowości. To był świat, w którym nikt Cię nie słucha. Prawda jest nieważna, kompletnie nieistotna. Przypisują Ci rzeczy, których nie zrobiłeś, przedstawiają dowody, których nie ma, a Ty nic nie możesz z tym zrobić. Teraz wiem, że to wszystko było częścią PTSD. Dzisiaj myślę sobie, że to było szalone, ale jednocześnie rozumiem, że właśnie tak objawiała się choroba.
A Ty jesteś buntownikiem?
Wiesz, wcześniej trochę tłumaczyłem sobie ten swój charakter tym, że jestem jedynakiem. I że to z tego wynika taka moja buntowniczość, pewna roszczeniowość wobec świata – że mi się “należy”.
Całe życie byłeś człowiekiem, który trochę szedł pod prąd?
Tak, ale mi zawsze się to udawało. Właściwie jedyną rzeczą, która mi się nie udała, był rozwód. Długo dochodziłem do tego, że to nie jest tylko porażka jednej strony. Na początku myślałem, że jeśli nie było w naszym związku osoby trzeciej, to co tak naprawdę mogło się wydarzyć, że trzeba było się rozstać? Ale z czasem zrozumiałem, że to była nasza wspólna odpowiedzialność. Ja też zawaliłem. I też musiałem to sobie uczciwie powiedzieć. Dzisiaj patrzę na to jako na doświadczenie, z którego coś wyniosłem. W obecnym związku staram się nie popełniać tych błędów, które popełniałem wtedy. Ale popełniam inne…
I może właśnie o to chodzi – że całe życie się uczymy, wchodzimy w nowe obszary, popełniamy błędy. Najważniejsze jest to, że jesteśmy w stanie je w ogóle dostrzec, wyciągamy jakieś lekcje. A podróże są nadal Twoim celem? Były jakieś podróże od czasu Twojego powrotu do kraju?
Wiesz, że te podróże już mnie nie cieszą tak, jak kiedyś? Przez pierwsze pół roku w ogóle o nich nie myślałem – miałem traumę, nie chciałem do tego wracać. Później był taki moment, że wróciłem do podróżowania, nawet trochę ryzykownie. Byłem na przykład w Chinach, gdzie wiedziałem, że istnieje umowa ekstradycyjna i że teoretycznie mogłoby się zdarzyć, że ktoś mnie zatrzyma na lotnisku. W końcu moja kara dożywocia wciąż obowiązuje. Zauważyłem jednak, że były to już zupełnie inne emocje niż wcześniej – bardziej świadomość ryzyka niż ekscytacja. Byłem też w Syrii – i choć tam wszystko kojarzy się z wojną, w rzeczywistości sytuacja w wielu miejscach zaczyna się normalizować. Wcześniej to sprawdziłem, poczytałem, przygotowałem się inaczej niż kiedyś.
Ale nadal to były podróże, które miały dać Ci tę niezbędną do życia adrenalinę?
Właśnie myślałem, że tak będzie. Że wcześniej przekraczałem granice, wybierając coraz bardziej niebezpieczne destynacje, a teraz pójdę w drugą stronę – czyli będę się lepiej przygotowywał, wybierał bezpieczniejsze miejsca. Chciałem stopniowo obniżać poziom ryzyka, ale okazało się, że te podróże już mnie tak nie ekscytują. Nie dają mi już tej samej energii, co kiedyś. Więc moja uwaga przekierowała się gdzie indziej. Zobaczyłem, że mogę się podzielić tym, co przeżyłem, że może kogoś to zainspiruje, że ktoś coś z tego dla siebie weźmie. I na tym się skupiłem. Zacząłem też rozwijać się w tym kierunku – między innymi zapisałem się na Akademię Mówców.
Mam z tyłu głowy cały czas jedno pytanie, ale nie wiem, jak je zadać, więc zapytam wprost – co czuje człowiek, który słyszy, że został skazany na karę śmierci?
Wiesz, myślę, że ktoś, kto zrobił coś złego i spodziewa się wyroku, zareaguje inaczej. Ale wyobraź sobie, że jakiś splot wydarzeń doprowadza Cię przed sąd i w ogóle się tego nie spodziewasz, bo wiesz, że nic złego nie zrobiłaś. I nagle słyszysz: kara śmierci. Ja wiedziałem, że tam ludzie umierają za nic. Czujesz wtedy ogromną niesprawiedliwość, złość, rezygnację i bezsilność. Ktoś skazuje Cię na karę śmierci, a Ty wiesz, że jesteś niewinna. Co gorsza – nie masz żadnych argumentów, żeby się obronić….
A gdy w ostatniej chwili kara śmierci została zamieniona na dożywocie, poczułeś ulgę?
Nie. Wtedy dożywocie wydawało mi się jeszcze gorsze niż kara śmierci. Myślałem, że to właściwie też jest wyrok śmierci, tylko rozłożony w czasie. Jest to skazanie na bardzo powolną śmierć. Masz spędzić tam resztę życia. To jest śmierć przez torturę, przez codzienne znęcanie się nad człowiekiem, bo samo życie w tym miejscu jest torturą. Pomyślałem, że jeśli nic się nie zmieni, to odbiorę sobie życie.
Wierzysz jeszcze w sprawiedliwość?
Nie. Nie, nie. Nie ma żadnej sprawiedliwości. Dzisiaj myślę, że to, co kiedyś się mówiło – nie wiem, czy to nadal obowiązuje w Polsce – “dajcie mi człowieka, znajdę na niego paragraf” – to jest w dużej mierze prawda o świecie. Myślę, że w wielu miejscach tak to wygląda. Nie wierzę w sprawiedliwość i staram się też tak wychowywać swoje dzieci. Kiedy mówią: “To niesprawiedliwe”, odpowiadam im, że świat jest niesprawiedliwy. Że czasem będzie im przykro, czasem będą przez to płakać.
Na nasze spotkanie niosłam w sobie pewną obawę. Wiedziałam, że o Twoich doświadczeniach powiedziano już wiele, dlatego zależało mi, żeby tym razem spróbować czegoś innego. Niepostrzeżenie wszedłeś w to razem ze mną. Jestem Ci za to ogromnie wdzięczna. Dziękuję, że pozwoliłeś mi na takie poprowadzenie rozmowy. Że dałeś mi przestrzeń, bym poszperała głębiej. I że zdecydowałeś się otworzyć doświadczenia pt: “Bardzo osobiste” i wypowiedzieć na głos coś, co wcześniej nie zostało wypowiedziane. To dla mnie ogromne wyróżnienie.
Fot. Mateusz Skwarczek / AgencjaWyborcza.pl
Zobacz również
“NIE MA ZDJĘCIA WAŻNIEJSZEGO NIŻ ŻYCIE CZŁOWIEKA. NIE MA MATERIAŁU WAŻNIEJSZEGO NIŻ LUDZKIE ŻYCIE” – MICHAŁ ZIELIŃSKI
6 lipca 2022
„RODZINA MOJEGO MĘŻA PRZEKONYWAŁA GO, ŻE JAK TYLKO WYJEDZIE DO POLSKI, TO JA ZAMKNĘ GO W DOMU, ZABIORĘ MU PASZPORT, OGRANICZĘ PRAWA DO DZIECI, A DO TEGO BĘDĘ CHODZIŁA NA PRAWO I LEWO” – MAGDALENA YILDIRIM
19 grudnia 2021