Mateusz Dymidziuk

“NOSIŁEM MASKĘ SILNEGO FACETA, ALE NAGLE POD NIĄ ZACZĄŁEM SIĘ KRUSZYĆ” – MATEUSZ DYMIDZIUK

„Taki dobry chłopak, a same gangsterskie role” – mówi sam o sobie. Na ekranie często wciela się w twardych bohaterów albo postacie komediowe, ale kilka minut rozmowy wystarczy, by odkryć człowieka niezwykle uważnego i wrażliwego. Twierdzi, że jego misją jest poprawić komuś dzień i dać choć odrobinę nadziei. Kiedyś sam ją stracił. Był czas, gdy nosił maskę silnego faceta, a pod nią powoli się kruszył. Proces zdrowienia z depresji nauczył go przeżywać emocje i pozwalać sobie na nie. Dziś głośno mówi, że proszenie o pomoc może być bardzo wyzwalające. W końcu w tym wszystkim chodzi o to, by: “Ktoś nas wysłuchał. Nie tylko słyszał, ale naprawdę usłyszał. Nie tylko widział, ale naprawdę zobaczył”. 

O tym, dlaczego został aktorem, co daje mu psychologia procesu, z jakiego powodu warto zagadnąć obcego człowieka w kolejce i z równą uważnością obserwować naturę, jak i ludzkie emocje. O aktorstwie, a jeszcze bardziej o życiu. O wrażliwości, odpowiedzialności i błędach, które uczą pokory. A w końcu o tym, że czasem jedna uważna obecność może znaczyć więcej niż tysiąc dobrych rad – Mateusz Dymidziuk.

Spotykamy się chwilę po wyjątkowym spektaklu “Wszystko, co najlepsze” – choć “doświadczenie teatralne” rzeczywiście zdecydowanie lepiej oddaje jego charakter. To Twoje dzieło, efekt ogromnej pracy, coś bardzo osobistego. Jest to przepełniona emocjami opowieść o poszukiwaniu sensu i odnajdywaniu radości w małych, codziennych chwilach. Porusza temat depresji i samobójstw. Teraz, gdy rozmawiam z Tobą z perspektywy – nawet nie widza, ale uczestnika tego doświadczenia – wiem już, co robi z człowiekiem. Domyślam się, że dla Ciebie również jest to mocno obciążające emocjonalnie. Powiedz mi, co Ty sam z tego czerpiesz?

Jestem aktorem, więc pod tym kątem jestem też trochę takim masochistą i bardzo lubię przeżywać te wszystkie stany. Ta sztuka tak naprawdę otworzyła mnie na przeżywanie swoich emocji. Obnażam się tutaj absolutnie ze wszystkiego. Moje miękkie podbrzusze widać właściwie od pierwszych słów. A co z tego czerpię? Dopiero teraz, w wieku 29 lat, nauczyłem się przeżywać swoje emocje. Wcześniej nie wiem dlaczego – czy przez to, że jestem tak skonstruowany jako facet, czy z jakichś społecznych przekonań – robiłem absolutnie wszystko, żeby nie dopuszczać do siebie pewnych emocji. Jak były za ciężkie – uciekałem… Uciekałem w różne rzeczy.

Przeżywałeś je w sobie, po cichu, w zamknięciu przed światem, czy w ogóle ich do siebie nie dopuszczałeś?

Miałem blokadę, ale w pewnym momencie ta bańka pękła. Sam miałem depresję, dlatego powstał ten spektakl. Jego tekst bardzo podniósł mnie na duchu. 

Ale zapłaciłeś za to wysoką cenę…

Nie było łatwo. Sam wyprodukowałem ten spektakl. Musiałem znaleźć reżyserkę, scenę, wykupić prawa autorskie, odpowiednio to wszystko zareklamować, żeby ktoś w ogóle chciał na to przyjść. Nie jestem też znanym nazwiskiem, więc nie było tak, że miałem wszystko podane na tacy. Tak naprawdę wszystko to, co widać na zewnątrz, to jest właściwie jakiś jeden procent mojego działania. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent to były odmowy. Wszędzie, odnośnie wszystkiego. Przez dwa, a właściwie trzy miesiące, praktycznie codziennie słyszałem, że to nie ma sensu. Nawet koledzy po fachu mówili: “Daj spokój, nie rób tego”.

Skoro z każdej strony słyszałeś, że to się nie uda, co sprawiło, że jednak szedłeś dalej? Nie chciałeś się poddać?

Na pewno wiele razy przeszło mi to przez głowę. Ale ja nie robię tego tylko dla siebie. Kiedy przeczytałem pierwszy raz ten tekst, zobaczyłem w nim ogromną wartość. Dla ludzi, dla nas wszystkich. Sam jestem jeszcze młody, ale mam siostrę, która ma 17 lat i bardzo chciałem do niej trafić. Po prostu bardzo mi na niej zależy. Widziałem, że mamy wiele wspólnych tematów, ale jest też wiele ścian między nami. Szukałem więc jakiegoś sposobu, próby kontaktu z młodym widzem.

Podjąłeś się trudnego zadania, bo młoda publiczność jest chyba najbardziej wymagająca.

Tak! Ona wyłapie każde kłamstwo. Ale pomyślałem, że chcę z nimi rozmawiać. Jak sam byłem młodszy i ktoś dużo starszy próbował mi coś tłumaczyć, to miałem takie: “Eee… no dobra”. Ale kiedy mówi do ciebie ktoś tylko trochę starszy, odbierasz to zupełnie inaczej. A oni wychodzą naprawdę zaczarowani! Spektakle dla licealistów były dla mnie czymś niezwykłym. Mam nadzieję, że będziemy grać je dla szkół jak najdłużej, bo sam chciałbym zobaczyć tę sztukę, gdy byłem nastolatkiem. W połowie czerwca graliśmy spektakl dla mojego liceum. Na koniec podeszła do mnie moja pani polonistka i powiedziała: “Mateusz, obsadziłeś w jednej z ról chłopaka, o którym w życiu bym nie powiedziała, że ma w sobie tyle wrażliwości i ciepła”. A ten chłopak wygłosił przemówienie prosto z serca i było to jedno z piękniejszych przemówień.

Zobacz, jakie szufladki otwierasz w ludziach. 

Bo ludzie otwierają je też we mnie. Spotykałem różnych ludzi w życiu – jedni otwierali te dobre, inni mniej przyjemne – ale staram się otaczać właśnie takimi ciepłymi osobami. I każdemu tego życzę – żeby znalazł ten promyk nadziei, tę jedną osobę, z którą można dzielić świat. Nie tylko w sensie relacji czy związku, ale kogoś, z kim łączą nas zainteresowania, pasje, sposób patrzenia na rzeczywistość.

Powiedz proszę, skąd pomysł na taką formę doświadczania tego spektaklu?

“Wszystko, co najlepsze” współtworzyłem z Julią Groszek, natomiast nad rolą pracowałem z Magdaleną Karkoszką. Bardzo zależało nam na tym, żeby to nie był po prostu spektakl. Zobacz, właściwie nie wiadomo, kiedy on się zaczyna i kiedy się kończy. Jestem z Wami już w foyer – tam nie ma wyraźnego początku ani końca. Osobiście uważam, że sztuka zaczyna się już po wyjściu z teatru. To, co Ty z tym zrobisz, jest pewnym rodzajem sztuki. Tamto jest tylko fragmentem, pewnym doświadczeniem, ale to, co wydarzy się później – należy już tylko do Ciebie. Bardzo się cieszę, kiedy widzę, że ludzie naprawdę tego doświadczają. Jestem między Wami i czuję, jak zmienia się energia. Jak reagujecie na te piękne momenty w życiu bohatera, a jak na jego upadki. Czasem łapię kogoś na tym, że odwraca wzrok. Być może dlatego, że sam kiedyś był w podobnej sytuacji. Myślę, że jest to też pewien rodzaj zabawy z publicznością, bo takie było nasze założenie. Jestem jednym z widzów, ale jednocześnie jestem dyrygentem, bo z jakiegoś powodu to właśnie ja opowiadam tę historię…

“Z jakiegoś powodu to właśnie ja opowiadam tę historię”… Porozmawiamy o tym powodzie? Fundamentem były Twoje doświadczenia i choroba?

Myślę, że na pewno moja depresja sprawiła, że zacząłem pracować nad tym spektaklem. A dlaczego opowiadam tę historię? Bo nie chcę stracić już ani jednej bliskiej osoby przez samobójstwo. To jest zawsze strasznie przykre, kiedy masz obok siebie kogoś, komu nie potrafisz pomóc i właściwie nie wiesz, co zrobić. Moja siostra czasem mówi: “Mati, ale ja nie wiem, jak się zachować”. I ja też nie wiem, jak się zachować. Nikt z nas nie wie. Ale rozmowa jest chyba czymś najważniejszym i najpiękniejszym, co możemy dać drugiemu człowiekowi. Usłyszeć go. Nie chodzi o dawanie rad, bo my wszyscy bardzo lubimy dawać rady, ale nie potrzebujemy już kolejnych. Chcemy po prostu, żeby ktoś nas wysłuchał. Nie tylko słyszał, ale naprawdę usłyszał. Nie tylko widział, ale naprawdę zobaczył.

A Ty czułeś się wtedy niewysłuchany? Niewidzialny?

Wiesz co, ja jestem bardzo głośny w swoim towarzystwie, ale kiedy zacząłem zauważać, że ten stan trwa już zbyt długo i powiedziałem to na głos, usłyszałem: “Mati, co Ty? Jaka depresja? Przesadzasz”. A ja wracałem do domu i … Wiesz, jednocześnie działo się w moim życiu wiele dobrych rzeczy, więc nie mogłem powiedzieć, że wszystko jest beznadziejne. Byłem wysoko funkcjonujący. Pracowałem, ale w pracy przecież nikogo nie interesuje, jak wygląda Twoje życie prywatne. Myślę, że ostatecznie bardzo dobrze sobie z tym poradziłem. Ktoś może powiedzieć, że nie mam nawet prawa mówić o tym, że miałem depresję…

…bo po Tobie po prostu nie było tego widać?

Ktoś kiedyś napisał mi w komentarzu: “Jakbyś zarabiał dwa tysiące miesięcznie, to byś zobaczył, co to jest depresja”. A ja myślę, że to jest całkowicie niezależne od tego, ile zarabiamy i jaki mamy status materialny. Depresja nie wybiera. I myślę też, że to jest temat, którym trzeba się zaopiekować. Nie omijać go, nie wyśmiewać i nie udawać, że go nie ma.

Długo udawałeś, że u Ciebie nie ma tego tematu? Jak długo trwał moment wyparcia?

Myślę, że bardzo długo. Przeszedłem przez chyba wszystkie najgorsze rzeczy, które można robić – robiłem wszystko, aby tylko nie zająć się problemem. W pewnym momencie już wiedziałem, że albo sięgnę po pomoc, albo będzie po mnie. Nie miałem myśli samobójczych, ale miałem poczucie, że chciałbym się zapaść pod ziemię. Że to właściwie byłoby najlepsze rozwiązanie. A czy ten okres był długi? Z perspektywy czasu wszystko wydaje się krótkie, ulotne, jakby trwało chwilę, natomiast kiedy jesteś w depresji, każda minuta jest wiecznością. Dosłownie wiecznością.

Gdy dziś wracasz myślami do tych najciemniejszych momentów w życiu, widzisz w nich coś dobrego? Jakąś lekcję, którą – gdybyś nawet mógł cofnąć czas – chciałbyś zachować na zawsze?

Absolutnie tak! Mówię już o tym głośno i będę to powtarzał, że proszenie o pomoc jest moją siłą. Pamiętam taki moment, kiedy ktoś powiedział mi, że to jest niemęskie, że facet powinien sobie radzić. “Jesteś mężczyzną – musisz sobie poradzić”, “Faceci nie płaczą”… Dorastamy, słysząc mnóstwo takich rzeczy. A ja dzisiaj wiem, że proszenie o pomoc było najlepszą rzeczą, jaką mogłem dla siebie zrobić. Nadal się tego uczę, nawet w prostych, codziennych rzeczach, ale wtedy, w tamtym okresie, pamiętam, że zadzwoniłem do przyjaciółki i usłyszałem: “Mati, idź do psychiatry, porozmawiaj z kimś”. Początkowo miałem problem, by przyznać się sam przed sobą. Zawsze sobie ze wszystkim świetnie radziłem. Myślałem, że mam pracę, mam mieszkanie – więc jaki mogę mieć problem? I przez długi czas się do tego nie przyznawałem, dopiero pierwszy raz powiedziałem o tym publicznie w podcaście w RMF FM. Ciężko jest przyznać się do własnej słabości, zwłaszcza kiedy jest się mężczyzną, bo zaraz pojawia się lęk, że zostaniesz oceniony.

To była dla Ciebie trudna decyzja?

Kiedy zacząłem o tym mówić, byłem już w innym miejscu. Byłem na tyle silny i miałem wokół siebie ludzi, dlatego się tego nie bałem. Mam teraz wokół siebie wspaniałych, oddanych przyjaciół. Julia, którą widziałaś w spektaklu, jest teraz moją serdeczną przyjaciółką. Pojawiło się też wiele nowych, ważnych osób.

Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że człowiek musi być gotowy na to, że brawa, kiedy jest dobrze, zawsze będą głośniejsze niż słowa wsparcia, gdy jest gorzej. Depresja była weryfikacją Twoich relacji? Ludzi wokół Ciebie?

Tak, choroba bardzo to zweryfikowała. Do pewnego momentu nosiłem maskę silnego faceta, ale nagle pod nią zacząłem się kruszyć. Tego już nikt nie był w stanie zauważyć, nie był w stanie uwierzyć, że jest źle.

Co dzisiaj robisz, kiedy czujesz, że tracisz grunt pod nogami? 

Przede wszystkim dopuszczam do siebie emocje. Pamiętam taką sytuację – był maj, wracałem z próby, stoję na światłach i dostaję telefon, że coś się nie uda, że spektakl stoi pod znakiem zapytania. Siedzę w tym aucie i po prostu się rozpłynąłem. Pomyślałem wtedy: “No i co zrobię? Nic nie zrobię”. Posiedziałem chwilę, wróciłem do domu, zrobiłem obiad i po chwili dostałem kolejny telefon, że jednak jest jeszcze jedna możliwość. I wtedy tak się zastanowiłem: “Boże, to wystarczyło? Nie muszę uciekać, nie muszę krzyczeć, nie muszę nic robić na siłę – wystarczyło dopuścić do siebie emocje?”. Kiedy pozwalasz sobie na nie, ten proces jest o wiele krótszy.

Myślisz, że dzisiaj masz coś takiego, do czego nadal trudno jest Ci się przyznać przed samym sobą?

Staram się już nie oszukiwać siebie. Nie udawać, że trawa jest niebieska. Kiedyś bardzo dobrze mi to wychodziło, natomiast teraz po prostu tego nie robię. Bo koniec końców to my kładziemy się ze sobą codziennie do łóżka, i jeśli oszukuję siebie, to tak naprawdę oszukuję też wszystkich dookoła. Jasne, że czasem jest mi wstyd. Zdarza się, że myślę: “Boże, zawaliłem”, ale biorę to już na klatę. To też jest ważne, żeby to umieć powiedzieć. Myślę też, że w czasie depresji mogłem skrzywdzić wiele osób i za to chciałbym przeprosić. Nie miałem wtedy kontaktu ze sobą. Wiem, że to nie jest usprawiedliwienie, ale z perspektywy czasu widzę, że ta moja maska silnego faceta – czasem złości, czasem sarkazmu, żartu, który nie zawsze był dla wszystkich – mogła kogoś zranić. I dziś biorę już za to odpowiedzialność. W życiu popełniłem wiele błędów. Bardzo daleko mi do ideału, ale staram się już nie uciekać, tylko brać to na klatę i ponosić odpowiedzialność za wszystko, co się wydarzyło.

[dalsza część tekstu pod zdjęciem]

Mateusz Dymidziuk
fot. Tomasz Kiełczewski

Jesteś dziś z siebie dumny?

Czy jestem dumny z siebie? To bardzo duże słowo. Myślę, że wielu rzeczy już się nauczyłem, ale wciąż jeszcze niewiele wiem. Cały czas ponoszę porażki, ale staram się wyciągać z nich lekcje. Wiele błędów popełniam wciąż w ten sam sposób i czasem zastanawiam się, dlaczego znowu się na czymś sparzyłem. Ale na pewno bliżej mi do bycia dumnym z siebie niż do niedoceniania się. Doceniam się też – a może nawet przede wszystkim – za te momenty zwątpienia, za trudne chwile, w których nie miałem już siły.

Nadal zdarzają się takie momenty?

Robiąc samemu spektakl w Polsce, właściwie codziennie. Codziennie słyszałem jakąś odmowę. Wtedy siłą rzeczy przestajesz w siebie wierzyć, tracisz energię i siły. Powiedziałem mojej siostrze, że jeżeli dożyję premiery, to naprawdę nic mnie już nie złamie. Że wszystko zniosę. Nic mnie już nie pokona.

Jesteśmy po premierze, po kilku spektaklach… Masz teraz poczucie, że to “dźwignąłeś”? Że dałeś radę? Potrafisz myśleć o sobie w ten sposób?

Jak wychodzę ze spektaklu i czeka na mnie ktoś obcy – zapłakany, roztrzęsiony – przytula mnie i chce podziękować za to doświadczenie, to tak. Wtedy czuję, że dałem radę. Że dałem komuś nadzieję. Naprawdę wierzę, że ten spektakl może komuś poprawić dzień. Że może sprawić, że ktoś się choć na chwilę uśmiechnie.

To ja Ci mówię – dałeś radę, chłopaku! A jak to jest z tym lubieniem siebie?

Myślę, że gdybym nie lubił siebie, to byłoby mi naprawdę ciężko wyjść przed publiczność i być tam razem z Wami. Tam nie ma możliwości oddechu, nie ma możliwości odwrócenia wzroku. Jest się cały czas razem z ludźmi. Więc to był właściwie pierwszy krok – nawet nie w pracy nad spektaklem, tylko w ogóle w tym zawodzie. Bo jeśli chcesz być aktorem, to musisz jednak lubić siebie.

A aktorem zostałeś, bo…? Wiem, że za tym też kryje się ciekawa historia.

Bo kiedy byłem dzieckiem, lubiłem robić różne rzeczy i bałem się, że przeżyję życie jako jedna osoba. Że mogę być na przykład tylko strażakiem i nigdy nie dowiem się, jak to jest być policjantem albo księdzem. Jest taka anegdota, która do dziś daje mojej rodzinie wiele radości i pojawia się zawsze przy rodzinnych imprezach. Wychowałem się na wsi i jako dziecko, kiedy krowy wychodziły na łąkę – stawałem, naśladowałem je i gryzłem trawę. Chciałem po prostu sprawdzić, jak to jest.

Rozumiem. Czyli już wtedy przygotowywałeś się do aktorskiej drogi i sprawdzałeś się w różnych rolach… nawet krowy?

Wiem, że to może brzmieć głupio i trywialnie, ale dla mnie aktorstwo…

Nie, spokojnie, trochę się zgrywam! Przecież to jest piękna ciekawość świata!

Mam w sobie dużo z takiego dzieciaka. Głodnego świata, ciekawości ludzi, miejsc, spotkań. Myślę, że to mnie w tym zawodzie trzyma i dlatego też lubię siebie. Tak, lubię siebie za to, że jestem ciągle głodny świata.

Chciałam zapytać, za co najbardziej lubisz siebie, ale już mi właściwie odpowiedziałeś. 

Lubię siebie za to, że potrafię się zatrzymać i po prostu patrzeć. Uwielbiam takie małe rzeczy, bo one są najlepsze. Czasami problem, który mamy, wydaje nam się największy na świecie, a ja lubię ten moment, gdy zdarza mi się lecieć samolotem, patrzę przez okienko i myślę: “Ja mam taki wielki problem, wydawać by się mogło, że największy na świecie… a  świat  się nie zatrzymał. Ktoś idzie do sklepu, ktoś wraca do domu”. I nagle widzę, że to wszystko trwa dalej, mimo że ja mam swój “wielki problem”.

I to Ci pomaga?

Bardzo! Wtedy ten mój problem przestaje być już taki duży.

Ale takiego podejścia trzeba się nauczyć…

Myślę, że to jest proces, który cały czas trwa. Oczywiście mam różne nastroje i stany, ale staram się patrzeć szerzej. W ogóle mam od dziecka pewną “przypadłość”…

Śmiało!

…jak mam problem, to zasypiam.

Chcesz go przespać?

Nie, nie chodzi o to, że uciekam. Po prostu natychmiast robię się senny i zasypiam. Budzę się i nagle…

…i nagle problem jest mniejszy!  

Tak! I co ciekawe, ja mogę zasnąć wszędzie. Kocham piętnastominutowe drzemki – one potrafią mi kompletnie zresetować energię. No, ale taki się urodziłem, więc – Mamo, Tato – dziękuję! 

Porozmawiajmy jeszcze trochę o Twojej drodze do aktorstwa i o tym, co działo się później. Ukończyłeś również psychologię, a to chyba dość nieoczywiste połączenie.

Po szkole teatralnej nie chciałem iść na etat do żadnego teatru. Dostałem propozycje poza Warszawą, ale to tutaj mam bliskich, więc chciałem zostać. W szkole teatralnej z kolei poznałem metodę pracy z procesem. Ona bazuje na snach, na procesach pierwotnych i wtórnych, czyli na naszej świadomości, podświadomości i nieświadomości – na tym, co w nas cały czas się dzieje. Można powiedzieć, że mamy w sobie dwa procesy: pierwotny i wtórny. Pierwotny to ten, z którym się utożsamiamy – na przykład: “Jestem spokojnym, wyluzowanym facetem, mam dystans do wszystkiego”, a proces wtórny pojawia się wtedy, kiedy nagle widzimy coś zupełnie innego i mówimy: “Boże, to ja tak zrobiłem? Ja tak zareagowałem?”. To wychodzi z naszej nieświadomości. W Polsce to wciąż mało popularna ścieżka – chyba jestem jednym z pierwszych aktorów, którzy ją skończyli. 

Ta wiedza rzeczywiście pomaga Ci w aktorstwie?

Ktoś kiedyś powiedział mi mądrą rzecz… Usłyszałem, że aktorstwa nie da się nauczyć. Że masz swój bagaż doświadczeń i możesz tylko dokładać do niego kolejne rzeczy. I ja właśnie tak to traktuję – dokładam to, co przeżywam i czego się uczę. Psychologia procesu kompletnie zmieniła moje podejście do tego zawodu. I myślę też, że ten spektakl był mi potrzebny. Bardzo chciałem go zrobić. Wcześniej grałem głównie w komediach, a myślałem, że nawet nie jestem zabawny. A tutaj dostałem możliwość zagrania czegoś bardzo delikatnego, wrażliwego.

A jaka jest wymarzona rola Mateusza Dymidziuka? 

Chyba każda rola jest tą moją wymarzoną. Zakochałem się we wszystkich postaciach, które grałem. Uwielbiam grać w Klubie Komediowym, uwielbiam narratora w “Wszystko, co najlepsze”, bardzo lubię Adasia w “Drelichu”, księdza Gołąbka w „Edukacji XD”, Denisa z „ Algorytmu miłości”. Kiedy tworzę postać, ona wchodzi w moje życie. W zeszłym roku robiłem film o liderze zespołu heavy metalowego, który dopiero będzie miał premierę, no więc słuchałem heavy metalu. Ja po prostu staję się tą rolą. Mnie też nikt nie kojarzy, bo w każdej roli wyglądam zupełnie inaczej. I ja lubię te zmiany. To, że mogę za każdym razem być kimś innym. Lubię ten zawód właśnie dlatego, że mogę robić różne rzeczy i uczyć się nowych.

Jak jazda na motocyklu i gra na harmonijce?

Dokładnie! Kończę teraz prawo jazdy na motocykl, bo dostałem kiedyś propozycję roli księdza, który przyjeżdża na motocyklu. Nie mogłem jej wtedy przyjąć, bo nie miałem prawa jazdy. Pomyślałem, że warto to zrobić, bo nigdy nie wiesz, kiedy może się coś przydać. Sztuki walki trenuję od lat i nagle okazuje się, że na planie są sceny kaskaderskie – i od razu masz przewagę, bo jesteś już z tym oswojony. Uwielbiam się uczyć nowych rzeczy – czasem nawet takich, które wydają się kompletnie nieprzydatne. Do “Wszystko, co najlepsze” uczyłem się przez trzy tygodnie gry na keyboardzie, ale finalnie nie udało się tego wykorzystać. Ta wspomniana przez Ciebie harmonijka… Byłem kiedyś w pociągu, wracałem z Poznania. Dostaję telefon: “Mateusz, grasz na harmonijce?” Mówię, że nie. “A nauczysz się?” – “No pewnie”. Wysiadłem z pociągu, poszedłem do sklepu muzycznego i kupiłem harmonijkę. Następnego dnia miałem już pierwszą lekcję. A jeśli mówimy już o muzykowaniu, to wiesz, że zawsze tworzę playlistę do każdej swojej roli? Zaczekaj, puszczę Ci jedną piosenkę. Ona pojawia się w spektaklu trzy razy, przy każdej próbie samobójczej, a wybrzmiewa w całości, kiedy umiera mama. Skomponował ją Michał Szarowicz. Tytuł to „999 999”… 

“Nieprzyzwoite utwory puszczane w emocjonalnych chwilach” – wylosowałam dziś tę kartkę.

Co Ty mówisz? Niesamowite! Uwielbiam ten utwór. Mimo że jest smutny, daje mi dużo nadziei. Bo my potrzebujemy rzeczy, miejsc i ludzi, które dają nadzieję. Na co dzień słyszymy, że jest źle, że wojna, że wszystko się wali – i ja tego nie neguję, ale jednocześnie potrzebujemy czegoś, co nas podtrzymuje. Ja mam takie poczucie, że jestem na tej planecie po to, żeby poprawić komuś dzień. Żeby dawać taki mały promyk nadziei. Zawsze rozmawiam z ludźmi, gdziekolwiek jestem – w sklepie, w markecie. Ostatnio pani przede mną kupowała fasolkę szparagową, zapytałem, co z niej robi. Powiedziała, że z bułką tartą. Zaczęliśmy rozmawiać o gotowaniu. I dla mnie to jest mała rzecz, ale dla tej osoby to może być jedyny moment rozmowy w ciągu dnia. Nie boję się zagadywać do ludzi i dlatego też robię ten spektakl – lubię być z ludźmi, nie udawać, że istnieje jakaś ściana. 

A w tym sklepie ludzie do Ciebie też zagadują?

Nie, ludzie się boją.

Właśnie tak myślałam. To, co robisz, jest w dzisiejszym świecie taką perełką.

Ale spróbuj! Obiecaj mi, że chociaż raz spróbujesz. Zagadaj do kogoś w kolejce, albo zapytaj, po co komuś trzy kilo papryki… Naprawdę nie wiem, ile mi zostało – nie mówię tego w sensie jakiejś spekulacji, tylko w tym znaczeniu, że nie wiem też, ile zostało komuś, kto stoi przede mną. I ja nie chcę się obudzić któregoś dnia z myślą, że kogoś nie przeprosiłem albo że coś zostało niewyjaśnione. Bo rozmawiać można o wszystkim. Na tym polega też dorosłość – że rozmawia się o rzeczach trudnych. Czasem potrzebujemy czasu, dwóch dni, tygodnia, żeby ochłonąć, ale wróćmy do rozmowy. Może się już nigdy więcej nie zobaczymy, więc wyjaśnijmy to. Porozmawiajmy. 

Rozpamiętujesz to, co było?

Nie, ale czasem jest mi bardzo przykro, kiedy dowiaduję się, że kogoś zawiodłem albo sprawiłem komuś przykrość – zwłaszcza jeśli wychodzi to po czasie. Ostatnio dowiedziałem się, że mogłem komuś sprawić przykrość, nie mając wtedy w ogóle takiej świadomości. Byłem w depresji, nie wiedziałem, że moja obecność czy moje zachowanie mogło na kogoś w ten sposób wpłynąć, a jednak wpłynęło. I to było dla mnie trudne. Pomyślałem: “Boże, staram się robić coś dobrego dla świata, a wcześniej mogłem kogoś zranić”. I biorę to na klatę. Popełniamy masę błędów. Ja też popełniłem ich dużo, i za nie przepraszam. Uczę się cały czas tego, żeby być po prostu lepszym człowiekiem. Myślę, że to jest proces, który się nigdy nie kończy.

To piękne i bardzo dojrzałe, ale nie każdy jest tak dalekowzroczny. Nie każdy widzi swoje błędy i ich konsekwencje… albo nie każdy chce je widzieć. Niektórym łatwiej jest się po prostu do nich nie przyznawać. 

I wtedy myślę, że trzeba po prostu przytulić taką osobę, bo może jej być z tym ciężko.

Nie boisz się odrzucenia?

Nie. Kiedy już nawiązuję jakąś relację, zagaduję do kogoś, to zakładam, że po drugiej stronie też jest człowiek, który potrzebuje kontaktu. Mam w bloku sąsiada z niepełnosprawnością. Czasem pomagam mu w drobnych rzeczach. Ostatnio przyszedł do mnie po 21 tylko po to, żeby zrobić “żółwika” i się przywitać. I moim zdaniem to jest właśnie miara sukcesu. Kiedyś zawołał mnie, żeby pokazać mi zdjęcie, na którym robił szpagat. To był bardzo wzruszający moment, ale też trudny. Pomyślałem wtedy, że nie wiem, czy zasłużyłem, żeby ktoś się przede mną aż tak otwierał.

To teraz ważne pytanie – może nie najłatwiejsze, więc proszę, dobrze się nad nim zastanów… Myślę, że to nie jest tylko tak, że ktoś mieszka obok Ciebie i przychodzi ot tak. Że akurat padło na Ciebie. Masz w sobie dużo uważności i naturalności, które sprawiają, że druga osoba po prostu się przy Tobie otwiera. I to nie jest wcale kwestia tego, czy “zasłużyłeś”. To coś nosisz w sobie. I teraz pytanie – czy Ty sam to dostrzegasz?

Wiesz co, już tyle przykrości spotyka nas w życiu, że nie chcę już nikomu dokładać jej więcej. Na pewno nieraz nieświadomie kogoś zawiodłem albo odrzuciłem. Od dawna działam też w wolontariacie. Pozwalam ludziom się do siebie przywiązywać…Myślę też, że to wynika z tego, że może w życiu byłem bardzo samodzielny. Może nikt nie pomógł mi wtedy, gdy tego potrzebowałem i dlatego teraz tak bardzo chcę pomagać innym. Nie mówię tego z jakąkolwiek pretensją, bo mam świetnych rodziców i przyjaciół, ale po prostu tak się ułożyło, że nauczyłem się radzić sobie sam. Zawsze też czułem się winny za to, że pracuję.

Co to znaczy?

To znaczy, że miałem dużo szczęścia. Debiutowałem już na pierwszym roku w Instytucie Grotowskiego, na drugim i trzecim grałem w serialu. Zrobiłem spektakl, rok wcześniej obroniłem dyplom. I miałem takie poczucie winy, że ja pracuję, a moi koledzy tej pracy nie mają.

To było takie biczowanie samego siebie?

Tak, głównie sam siebie biczowałem. Tylko że ja też byłem taki, że sam sobie te możliwości stwarzałem. Zobacz – do pracy w Żabce nikt cię nie przyjmie, jeśli nie zaniesiesz CV. Na budowę też nikt cię nie przyjmie, jeśli nie pójdziesz i nie zapytasz Pana Mietka czy jest praca. Może jest wakat, może nie ma – ale trzeba wyjść do świata, wyjść do ludzi. My lubimy wynosić aktorstwo do jakiejś wyjątkowej rangi, jakby to był zawód ponad wszystkie inne. A to jest taki sam zawód jak każdy.

[dalsza część tekstu pod zdjęciem]

Mateusz Dymidziuk
fot. Tomasz Kiełczewski

A pamiętasz, kiedy pojawiła się pierwsza myśl o aktorstwie? Od razu wiedziałeś, że to jest Twoja droga?

Wiesz, ja chciałem, ale wychowałem się na wsi i rodzice mówili, że trzeba mieć normalny zawód. Mówili, że aktorstwo może być co najwyżej pasją. Dostałem się więc na SGH, pracowałem też w banku. Po roku powiedziałem, że nie dam rady. Że to nie jest dla mnie. Że mam już dosyć spełniania czyichś marzeń i chcę zacząć realizować swoje.

Wymagało to pewnie sporej odwagi?

I przeciwstawienia się rodzicom!

Byłeś wtedy buntownikiem? Jesteś?

Nie wiem, czy buntownikiem, ale zawsze byłem przekorny. Wyprowadziłem się z domu, jak miałem 15 lat. W liceum już mieszkałem sam. Wcześniej biegałem na nartach, jeździłem na zawody, nawet do Białorusi. Myślałem, że będę biegał zawodowo. Że będę sportowcem. I chyba od zawsze było we mnie coś takiego, że szukałem. Szukałem tego, co mnie interesuje, co lubię. Jak ktoś mi mówił: “Ej, spróbuj tego”, to ja mówiłem: “Okej, spróbuję”.

Rodzice nigdy Cię nie hamowali? Dali Ci w tym wszystkim przestrzeń?

No oczywiście, że hamowali. I słusznie. Wcześniej byłem na nich zły, ale dziś jestem im wdzięczny.

Jest coś, na co teraz czekasz? 

Już nie. Często żyjemy albo w oczekiwaniu na coś, albo w przekonaniu, że już zaraz się zacznie. Ja miałem taki moment w swoim życiu, kiedy zrobiłem jedną rolę, potem dostałem dwie kolejne propozycje, dostałem etat w teatrze. Wszystko miało się wydarzyć “zaraz”. Dostałem informacje od reżyserki obsady: “Mati, nie idź nigdzie do teatru, są na Ciebie plany”. I czekałem wtedy ten miesiąc, kiedy to miało się wydarzyć. Nic nie robiłem, czekałem, aż ta wielka kariera się zacznie kręcić. I nagle się okazało, że umowa nie została podpisana, projekt nie wypalił, coś się rozpadło, a ja zostałem z niczym. Wtedy obiecałem sobie, że już nigdy nie będę żył w oczekiwaniu na coś, a będę próbował czerpać radość z każdego dnia. Z małych rzeczy, z najmniejszych przyjemności, z codzienności. No i dzisiaj staram się po prostu przeżyć każdy dzień najlepiej jak potrafię.

Nie zaczęliśmy rozmowy od tego pytania, to może ją tak zakończmy – robisz swoją listę rzeczy, dla których warto żyć?

Oczywiście!

A ostatni punkt, jaki zapisałeś na liście?

Oj, chciałbym, żeby ona się nigdy nie kończyła.

A w życiu, nie zamykamy jej! Niech nie ma końca. Ale na dziś, jaka jest ostatnia pozycja?

Gotowanie dla kogoś. Kocham gotować. Uwielbiam to robić, szczególnie dla innych.

Co jeszcze lubisz?

Bardzo lubię sport. Lubię sezonowe owoce – truskawki, czereśnie, jagody, jagodzianki. Kocham jagodzianki. I mojego psa. Uwielbiam czytać. Lubię też być sam.

Jesteś typem samotnika?

Jak jestem w grupie ludzi, to raczej jestem tym, który przejmuje inicjatywę, ale kiedy jestem sam, bardzo lubię ten czas.  Ja i spokój, jakaś książka, jakiś film. Mam nawet taki, do którego wracam od lat. Widziałem go już chyba dziesięć albo jedenaście razy. “Swiss Army Man” – musisz go obejrzeć. Daniel Radcliffe przez cały film gra tam trupa puszczającego bąki.

No niezła zachęta.

Ale naprawdę to jest niesamowity film! Za każdym razem odbieram go inaczej. Nie ma tam ani jednego niepotrzebnego zdania. O właśnie – gdybym miał jakieś aktorskie marzenie, to chciałbym zrobić właśnie coś takiego. Zrobić film tak odjechany, a jednocześnie tak wielowarstwowy. Na początku wydaje się głupi, ale potem okazuje się, że ma ogromną głębię.

Okej, mamy więc książki czytane w samotności, gotowanie dla bliskich, nieprzyzwoite utwory puszczane w emocjonalnych chwilach, filmy z trupami puszczającymi bąki… Nie spłycam, po prostu wypowiadam to na głos, by jeszcze bardziej uświadomić sobie tę Twoją wielowarstwowość.

To może dodam coś normalniejszego? Kocham rozpalać ognisko. Uwielbiam patrzeć w ogień. Lubię też naturę. Spójrz – każde z tych drzew jest inne, a każde jest wspaniałe. Tu nie trzeba nic poprawiać. My jako ludzie mamy czasem tendencję, żeby się do siebie upodabniać – do jakiegoś ideału, którego tak naprawdę nie ma. Zaczynamy dążyć do czegoś, co jest sztuczne. Ale czy to jest lepsze? Nie jest.

Mati, a gdybyś wiedział, że usłyszy Cię teraz cały świat – kobiety, mężczyźni, starsi i młodsi, wszyscy – i mógłbyś powiedzieć coś tym, którzy na co dzień noszą w sobie ciężar, o którym trudno im mówić, bo brakuje im odwagi albo siły – co byś im powiedział?

Że proszenie o pomoc może być wyzwalające. Tak, to chciałbym im powiedzieć… że dla drugiej osoby to często nie jest nic wielkiego – po prostu być, wysłuchać. Nie chodzi nawet o to, żeby usłyszeć „damy radę”, tylko żeby ktoś był obok. Tylko tyle i aż tyle.

***

Usłyszałam kiedyś od pewnego aktora, że odpowiedzialność za bohatera, którego przedstawia widzom, wymaga całkowitego wejścia w jego świat. Że nie da się stworzyć prawdziwej postaci, stojąc obok niej. Że każda z jego ról ma nawet dedykowaną playlistę. Pomyślałam więc, że to mądry człowiek. Że pójdę jego śladem.

Dlatego obejrzałam rekomendowany przez Ciebie film (tak – ten o trupie), a te słowa pisałam przy dźwiękach utworu, który uwielbiasz (tak – tego, który mimo swego smutku, daje nadzieję). Teraz do listy rzeczy, dla których warto żyć mogę dopisać kolejną pozycję: “pozwalanie sobie na przeżywanie pięknych chwil więcej niż jeden raz”. Bo właśnie tym był dla mnie powrót do naszej rozmowy. 

Ty zakończyłeś ją słowami: “Piękna rozmowa. Czujesz, jak zmieniła się atmosfera?”. A ja dopiszę tylko: “Dziękuję za Twoją OBECNOŚĆ”.

Mateusz Dymidziuk
fot. Tomasz Kiełczewski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *