“MOJA WIARA W SIEBIE NIE WZRASTA. GAŚNIE MOJA NIEWIARA W SIEBIE” – TOMASZ KOZŁOWSKI
Swoje możliwości wycenił kiedyś na 25 skoków w jeden dzień. Zrobił ich 48. Rok później – 100 w 9 godzin. Dziś przygotowuje się do tego, co wydaje się niemożliwe – do skoku z krawędzi kosmosu. Nie dla brawury, lecz w ramach globalnej kampanii pomocowej “Jump For The Planet”, której celem jest zwrócenie uwagi na najważniejsze problemy współczesnego świata. Robi rzeczy balansujące na granicy ludzkiej wytrzymałości, a jednocześnie wciąż mierzy się z brakiem wiary w siebie. Boi się, ale to właśnie lęk traktuje jak drogowskaz. Jest krytykowany, bo nie ma stałej pracy, ani ubezpieczenia na życie. Ale ma coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze – poczucie sensu, które rodzi się z odwagi i pomagania innym. Potrafi przyznać się do słabości, bo wie, że siła nie polega na udawaniu. Mówi, że choć jego życie jest potwornie trudne, ma głęboki sens.
O tym, czym naprawdę jest lęk, gdzie szukać fundamentów uważności na drugiego człowieka i jaka jest cena tego, co robi – Tomasz Kozłowski.
Psycholog, mówca motywacyjny, skoczek spadochronowy, ratownik górski, inicjator projektu “Jump For The Planet”… mogłabym tak wymieniać długo. Przygotowując się do naszego spotkania, natknęłam się jednak na wywiad, w którym mówiłeś, że mamy tendencję do definiowania ludzi przez zawód, rolę czy tytuł naukowy, zapominając o człowieku. Zapominamy, że to on – sam człowiek jest najważniejszy. Powiedz więc – jakim człowiekiem jest Tomek Kozłowski?
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to… zwykłym.
A w czym ta zwykłość się przejawia?
Uważam, że obserwując ludzi, powinniśmy patrzeć na nich “po płaszczyźnie”. Nie definiujmy ludzi w pionie – ten jest lepszy, bo ma doktorat. Ten wygrywa, bo ma habilitację, a tamten, bo jest profesorem. W tym wszystkim zapominamy, że ktoś może być lepszym ojcem, matką, przyjacielem czy filantropem. Jeśli zaczniemy robić takie gradacje, każdy będzie od kogoś lepszy, ale też każdy będzie od kogoś gorszy.
W takim razie porozmawiajmy, proszę, chwilę o tym zwykłym człowieku… W dniu 48. urodzin skoczyłeś ze spadochronem 48 razy. Każdy skok zadedykowałeś konkretnej osobie potrzebującej. Rok później wykonałeś 100 skoków – w jeden dzień, w 9 godzin. Zebrałeś milion złotych na ponad 100 wózków inwalidzkich dla dzieci. I ten zwykły człowiek – jak go opisujesz – podsumował to słowami “prosta akcja ratunkowa”. Ujęła mnie ta prostota. Domyślam się jednak, że za nią kryje się mnóstwo wysiłku, którego nie widzimy, lata przygotowań, jakiś niewyobrażalny kalejdoskop emocji…
Każdy z tych projektów był inny. W projekcie “48” postawiłem na siłę fizyczną i bardzo dużo trenowałem. W projekcie “100” najważniejszy był dla mnie głębszy sens, bo dedykowałem go dziewczynce, która zmarła godzinę po tym, jak się z nią pożegnałem. Ale to właśnie ta prostota jest kluczem. Musi być prostotą naszych czasów, bo dziś, żeby zwrócić uwagę Polski czy świata, trzeba zrobić coś naprawdę niebywałego. Obserwując Felixa Baumgartnera, który skoczył z 39 kilometrów przy ogromnym rozgłosie, i dwa lata później, Alana Eustace, który skoczył wyżej, ale w ciszy, używając bezpieczniejszej technologii, pomyślałem, że trzeba to połączyć. Pomyślałem, by zrobić to bezpiecznie i przy okazji zebrać pieniądze. Tyle że ja chcę te pieniądze oddać innym, bo sam mam już skarby, których nie kupi się za żadne miliony.
Jakie to skarby?
Współczucie, empatia. Skarbem jest szczęście, które możesz poczuć, gdy dziecko napisze: „Panie Tomku, wygrałem na tym wózku od pana kolejne zawody”. Tego nie da się wycenić. Nie da się wycenić czerwonego serca, na którym dziecko pisze: „Panie Tomku, bardzo dziękuję za to, co pan dla mnie zrobił”. Nie da się wycenić czterostronicowego listu od matki, która opisuje, jak bardzo jest wdzięczna za pomoc dla swojego dziecka. Pisała w nim, że skok, który wykonałem dla niego, był ważniejszy niż pieniądze, które zebrałem na leczenie – bo dziecko widzi, leżąc i nie mogąc się ruszać, że ktoś robi coś dla niego. Że go zauważa i dostrzega. Dla wielu ludzi ważne jest po prostu to poczucie, że ktoś o nich myśli. Kiedy przyglądałem się bezdomności w Stanach Zjednoczonych, zobaczyłem potworną klęskę – w Los Angeles jest ponad 70 tysięcy osób w kryzysie bezdomności. W miasteczku, w którym skaczę, jest kilka takich osób, którym regularnie pomagam. Zawsze przystaję przy nich na moment. Pytam, co słychać. Kupuję im obiady, stawiam kawę. Znam już ich upodobania – wiem, kto woli frappuccino, a kto czarną americano. Ci ludzie potrzebują czegoś więcej niż nocleg, jedzenie czy prysznic. Potrzebują, żeby ktoś ich zauważył. Żeby ktoś widział w nich człowieka, który czasami upada. A naszym obowiązkiem jest pomóc ludziom, którzy sobie radzą słabiej niż my.
Wiesz nad czym się teraz zastanowiłam… Pracujesz jako psycholog, specjalista w zakresie interwencji kryzysowej, a jednocześnie wciąż testujesz jakieś swoje granice – w górach, w powietrzu, w swoich projektach. Ktoś mógłby powiedzieć, że każdego dnia narażasz swoje życie. Powiedz mi, proszę, w tych wszystkich światach jest wciąż ten sam Tomek, czy raczej różne Twoje odsłony? A może jeden z tych Tomków uczy się czegoś od drugiego?
Dzisiaj myślę, że to wciąż jest jeden mały wariat. Taki blondynek, którego nikt nie mógł powstrzymać. Właziłem w każdą dziurę, wspinałem się na każde drzewo. Byłem strasznym łobuzem. Moi rodzice naprawdę powinni dostać Nobla za to, że mnie ogarniali. Ta moja potrzeba eksploracji świata i różnych odsłon życia zawsze jednak wiązała się z chęcią pomagania innym. Myślę więc, że to cały czas jest jeden człowiek – bardzo głodny intensywnych przeżyć, ciekawy świata i ludzi.
Dlaczego to pomaganie jest dla Ciebie takie ważne?
Myślę, że w moim życiu wpływ na to, kim jestem, miały trzy wydarzenia. Pierwsze miało miejsce, gdy jako 6-letni chłopiec zobaczyłem żołnierza lądującego na spadochronie. Zacząłem marzyć. Kilka miesięcy później spotkałem ratownika górskiego. Wtedy powstało we mnie marzenie, by być ratownikiem. Jakieś 2-3 lata później przechodziłem z mamą obok domu dziecka, a z jednego z okien patrzyła na nas dziewczynka. Pamiętam ten potworny smutek i żal, który widziałem w tym oknie. Ogarnęło mnie takie poczucie niezrozumienia, a przede wszystkim niesprawiedliwości świata. To dziecko było tam samotne i nieszczęśliwe, a ja szedłem spokojnie z moją mamą. Ona ścisnęła mnie wtedy dwa razy za rękę – robiła tak zawsze, gdy chciała, żebym się komuś ukłonił. Nie zwróciłem wtedy na to uwagi, bo w tym samym czasie, po drugiej stronie ulicy, leżał taki lump – specjalnie używam tego określenia. Leżał po prostu zasikany pijak. Pomyślałem sobie wtedy – jako to 8 czy 9-letnie dziecko – że jeśli kiedykolwiek zostanę miliarderem, wybuduję dom dla takich ludzi. Wybuduję dom dla najbardziej przegranych. Dla tych, których nikt już nie chce wspierać.
Ale Ty dziś właśnie to robisz!
W sumie masz rację – skacząc, realizuję projekt pomocowy, gdzie będę budował i zapewniał ludziom domy.
Całe życie dorastałeś w tym przekonaniu kilkuletniego chłopca. Może nawet nieświadomie.
Jak słucham wywiadów na przykład z astronautami i oni mówią: „Od zawsze marzyłem, żeby być astronautą”, to są ludzie, którzy konsekwentnie realizowali swoje marzenia przez całe życie. Może mieli wsparcie rodziców, albo urodzili się w kraju, gdzie to było możliwe. Ja miałem różne marzenia… Chciałem zostać ratownikiem. I tylko ratownikiem. Nie wiedziałem, że dojdę do najwyższego stopnia i że zostanę instruktorem ratownictwa górskiego. Moim marzeniem nie było studiowanie samo w sobie – chciałem tylko znaleźć się w auli Leopoldina i zdawać tam egzamin. Nie sądziłem, że się dostanę. Nie wiedziałem też, że potem będę się specjalizował w interwencji kryzysowej, a to wynikało z tego, że moi koledzy zginęli w lawinie. Ja nigdy nie miałem prawdziwej wiary w siebie, ale w jakiś sposób dążyłem do tego.
W życiu podejmujesz się projektów, które wymagają nie tylko ogromnej odwagi, ale i cierpliwości, konsekwencji i wiary w sens tego, co robisz. To ostatnie nie podlega dyskusji, ale powiedz mi, proszę, co sprawia, że przez tyle lat Ty wciąż trzymasz ten kurs i nie poddajesz się? Co daje Ci siłę, by dalej o to walczyć?
Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, to słabości. Z mojej słabości i potrzeby jakieś walki z nią.
Mówisz o słabości. Przed chwilą powiedziałeś, że nie wierzysz w siebie. Pozwól, że Cię zacytuję… To fragment z Twojej książki “Historia tysiąca lęków” i ocena stanu przed Twoim pierwszym samodzielnym skokiem: “Nie wyobrażałem sobie siebie, jako osoby z rozmysłem podejmującej decyzję o wylądowaniu właśnie obok tego krzyża, i to jeszcze sprawnie doprowadzającej takie działanie do końca. Bardziej wyobrażałem sobie to, jak z tępym hukiem przypierdolę gdzieś o ziemię ze splątanymi nad głową linkami, a tam, gdzie wyląduję, dokonując żywota, rzeczywiście będzie krzyż. Z tą jednak różnicą, że nie będzie to krzyż biały z materiału, ale brązowy z polakierowanego drewna”. Czy dziś jest inaczej? W końcu dziś bierzesz w swoje ręce życie innych ludzi, którzy decydują się skończyć z Tobą w tandemie. Jak to zmienia Twój sposób patrzenia na siebie i swoje możliwości?
Wiesz co, z tą wiarą czy niewiarą jest trochę jak z zaufaniem. Mogę Ci ufać w pełni i mogę Ci nie ufać, bo wiem, że mogłabyś mi zrobić krzywdę. Ale mogę być też w neutralnym miejscu, w którym ani Ci nie ufam, ani nie mam do Ciebie żadnego braku zaufania. Podobnie jest z wiarą w siebie. Kiedyś kompletnie w siebie nie wierzyłem – wiedziałem, że nie dam rady, bo słyszałem wiele razy: „Jesteś do niczego”. Dzisiaj doszedłem do takiego poziomu, że nie muszę w siebie wierzyć. Mogę nie wierzyć w siebie, ale to i tak nic nie zmienia, bo po prostu robię swoje. Papierkiem lakmusowym tej zmiany było dla mnie pewne doświadczenie sprzed kilku lat. Kobieta, która w ogóle nie skacze, mówiła mi, że w skoku muszę skupiać się na potencjalnie złych sytuacjach i być na nie przygotowanym. Automatycznie odpowiedziałem jej, że ja skupiam się na tym, żeby dobrze poprowadzić skok. W nim są momenty krytyczne, które trzeba wykonać prawidłowo. Nauczyłem się tego i robię to dobrze. A jeśli pojawi się sytuacja awaryjna – a zdarzyła się, bo trzy razy otwierałem spadochron zapasowy – to potrafię sobie z tym poradzić. Wiesz, ta rozmowa z Tobą jest dla mnie też ważna, bo uświadomiłem sobie właśnie, że automatycznie powiedziałem Ci wcześniej, że w siebie nie wierzę. Ale czy to ma jakieś znaczenie?
Z każdej strony jesteśmy jednak bombardowani motywacyjnymi hasłami: “Uwierz w siebie”, “Jesteś w stanie coś osiągnąć, jeśli uwierzysz w siebie”.
Ja uważam, że jesteś w stanie coś osiągnąć, jeśli po prostu zaczniesz to robić. Każdy krok w kierunku celu już jest częścią jego realizacji. To nie jest tak, że wejście na Mount Everest to ten ostatni krok na szczycie. Nie – wejściem na Mount Everest jest moment podjęcia decyzji: „Dobrze, ja będę się wspinać”. Może to oznaczać pójście na siłownię, żeby się przygotować, albo zbieranie pieniędzy na wyprawę. Każdy z tych kroków cię zmienia, a kiedy już staniesz na szczycie, będziesz zupełnie innym człowiekiem. Dziś, patrząc z perspektywy tych dziesięciu lat realizowania różnych pomocowych projektów związanych ze skokami, moja wiara w siebie nie wzrasta. Raczej – gaśnie moja niewiara w siebie.
Jaka jest cena Twoich projektów? Co za nimi stoi? I nie mówię tutaj o kwestiach materialnych…
Mówimy tutaj o sile, ale wiesz, że wielokrotnie się poddawałem? Kilka razy mówiłem, że mam dosyć tego projektu i nie będę go kontynuował. Moja rodzina była w Polsce, a ja byłem w Stanach. Potwornie za nimi tęskniłem. Ludzie widzą tylko zdjęcia ze skoków na Instagramie i myślą, że wszystko jest proste i przyjemne. A prawda jest taka, że po skokach siadałem, płakałem i tęskniłem za rodziną. Wiem, jak bardzo byłem potrzebny mojej córce. Myślałem wtedy: „Chcę z tego zrezygnować. Trudno, nie pomogę ludziom, ale nie mogę też poświęcić mojego dziecka”. Wtedy mój przyjaciel, David Beaver z Overview Institute, powiedział mi: „Tomek, jeśli skoczysz, zobacz, ile jej dasz. Zobacz, jak wpłyniesz na jej życie. Może ona zmieni życie innych ludzi”. I choć moje życie jest potwornie trudne, ma głęboki sens.
Masz duże wsparcie w rodzinie, prawda?
Ogromne. W żonie, synu i córce. Choć myślę, że jedyną osobą, która nigdy we mnie nie zwątpiła, jest właśnie mój syn. Żona miała momenty, w których zaczynała wątpić w moje pomysły, a córka Ania tak naprawdę chce po prostu tatę. Kiedyś powiedziałem jej, że przerwę ten projekt i przestanę latać do Stanów… Odpowiedziała, żebym go nie przerywał. To małe dziecko musi się mierzyć z dylematem – ratować świat czy mieć tatę przy sobie. Wiem, że to ogromne obciążenie, które na nią zrzuciłem, ale zrobię wszystko, by stało się dla niej lekcją, a nie ciężarem.
Tomku, w swojej książce “Historia tysiąca lęków” opowiadasz o… no właśnie o lęku. Piszesz o nim w sposób, który mnie ujął. Niemal na każdej stronie jest strach i jest lęk. Mówisz o nich głośno i otwarcie. Nie tworzysz wizerunku mężczyzny–superbohatera i macho, który się nie boi. Dojrzewałeś do tego, by mówić o lęku?
Nigdy nie miałem z tym większego problemu. No, może kiedy byłem chłopcem, miałem pewną blokadę… Ale odkąd zostałem ojcem i spojrzałem na życie z innej perspektywy, przyznawanie się do lęku, strachu czy słabości stało się dla mnie czymś naturalnym. Mogę okłamać cały świat, ale później i tak zostaję sam ze sobą. Nie chcę być macho, nie mam takiej potrzeby. Czy ktoś powie o mnie, że jestem twardy, czy że jestem miękki – to nie ma żadnego znaczenia, bo wciąż jestem tym samym człowiekiem. A najważniejsze jest to, żebym potrafił akceptować siebie bez żadnych filtrów, porównań czy cudzych pryzmatów.
Postrzegamy jednak lęk jako coś, co musimy pokonać. A on może być naszym sojusznikiem?
Lęku nie da się pokonać. Lęku – tak samo jak radości – nie można wyłączyć. Staram się w każdym z tych moich skoków tandemowych, których robię 20-25 w tygodniu, żeby ci ludzie, którzy ze mną skaczą, jak najwięcej na tym skorzystali, widząc siebie w tej czystej sytuacji. Lęk czy strach to są emocje, które powstają bez naszego udziału. Jest oczywiście jakaś przyczyna, ale zaakceptowanie tego powoduje, że to nie wpływa destrukcyjnie na nasze postępowanie, na nasze życie. Dla mnie lęk jest drogowskazem. Jeśli coś budzi we mnie strach, jeśli czuję, że aż ściska mnie w brzuchu, to wiem, że po drugiej stronie tego strachu musi być coś naprawdę zajebistego. To musi być coś bardzo ważnego.
A pisanie o tym lęku było dla Ciebie jakąś formą autoterapii?
Wywołanie tej autoterapii jest dla mnie bardzo ważne, dlatego musimy na chwilę wrócić do czasów, kiedy miałem 6 lat. To był ten moment, o którym już mówiliśmy – gdy zobaczyłem spadochroniarza i ratownika. To były dwa moje ukryte marzenia, z którymi dorastałem przez wszystkie te lata. Długie lata. Pierwszy raz skoczyłem dopiero mając 37 lat. Potem był drugi skok, trzeci – i tak doszedłem do sześciu. A potem pomyślałem – czemu nie dwanaście? To będzie taki mój szczyt.
I wtedy zostaniesz skoczkiem?
Właśnie! To było dla mnie bardzo ważne – być kimś, należeć do grupy. Jak zacząłem skakać, to moi koledzy poprosili mnie, żebym załatwił im patronat medialny nad projektem, bo chcieli skoczyć z 11–12 kilometrów. Zażartowałem wtedy i powiedziałem, że nie ma sprawy, ale w zamian za to, niech mnie wezmą do projektu. I wzięli. Przez dwa lata przygotowań wszystkie moje lęki, kumulowane przez całe życie, bardzo mocno wybrzmiały. Ja się tak potwornie bałem tego skoku, że stworzyłem sobie nieprawdopodobną sieczkę w głowie. Wszystko, co tam się działo, traktowałem przez pryzmat zagrożenia, śmierci i myśli, że mogę zginąć. Zaraz po skoku zadzwoniłem do generała Hermaszewskiego, który był patronem tego projektu, i powiedziałem, że skoczyłem. Że wszystko jest w porządku. On mówi: “Panie Tomku, kiedy wróciłem z kosmosu, wziąłem kartkę papieru i długopis. Spisałem wszystko, co miałem w głowie. Proszę zrobić to samo. Ale dzisiaj, nie jutro, bo jutro to już będzie inna historia”. Napisałem wtedy dwie strony o tym, jak się wznosiliśmy, jak balon startował i przeszedł przez chmury. Miesiąc później wróciłem do tego tekstu i zobaczyłem, że jest bardzo humanistyczny. Opisuje uczucia i emocje, a nie techniczne aspekty startu balonu. Zacząłem dopisywać dalej i tak napisałem duży tekst. Wydałem go samodzielnie, sądząc, że 200 egzemplarzy wystarczy. Nie wystarczyło. Książki sprzedały się w nakładzie 8 tysięcy egzemplarzy – również w języku angielskim. Ale po tym dostałem półtora tysiąca listów od ludzi, którzy byli mi wdzięczni, że pokazałem im pewną prawdę – to, że człowiek, który boi się wszystkiego, może zrobić właśnie coś tak niezwykłego. I nawet się nad tym nie zastanawiałem, jak to jest możliwe – że ktoś, kto się boi, może jednak osiągnąć coś dla niego wielkiego.
Jeśli mówimy już o wielkich rzeczach… Od lat przygotowujesz się do skoku z wysokości 45 kilometrów w ramach projektu “Jump For The Planet”. Powiesz o nim coś więcej?
Projekt “Jump for the Planet” to projekt, którego celem jest pomoc uchodźcom klimatycznym i wojennym. To właśnie ta akcja uświadamia mi w pełni, że świat nie jest sprawiedliwym miejscem. Nie chodzi mi tutaj o narzekanie, ale o to, by wspierać tych, których los potraktował niesprawiedliwie. Przykład? Powódź w Pakistanie kilka lat temu – w ciągu zaledwie trzech dni dotknęła 33 miliony ludzi. Mało kto pamięta też, że największa naturalna katastrofa w historii to powódź w Chinach w 1931 roku, gdzie zginęły ponad 4 miliony osób. W związku z przyrostem naturalnym, nasz świat staje się tak przeludniony, że te bariery muszą w końcu popękać. Gdy się urodziłem, było nieco ponad 3 miliardy ludzi, dziś ponad 8. System, który stworzyliśmy, przestaje już wystarczać. Ja sam, z biegiem lat doszedłem do wniosku, że oprócz pomocy milionowi czy nawet dwóm milionom ludzi – co łatwo policzyć w zależności od tego, ile uda się zebrać pieniędzy – projekt może mieć jeszcze jeden niezwykły wpływ. Chodzi o coś naprawdę wielkiego, czego pewnie nie zobaczymy za naszego życia, ale co może zmienić sposób, w jaki postrzegamy siebie i naszą planetę.
Na co dzień nie zaprzątamy sobie głowy takimi myślami. Pędzimy między pracą a obowiązkami, zamknięci w świecie własnych spraw. Czy w tym codziennym biegu ktoś jeszcze pamięta, że to, co dzieje się z planetą, dotyczy nas wszystkich?
Wiesz, kilka lat temu trafiłem na film “Overview Effect”, który opowiada o przeskoku poznawczym, jakiego doświadczają astronauci, gdy widzą Ziemię z perspektywy planety. Część z nich patrzy na to czysto technicznie, ale inni nagle odkrywają, że nasza planeta to jeden system, a my jesteśmy jego integralną częścią – tak samo jak ptaki, dżdżownice czy, jak były dinozaury. Napisałem wtedy maila do wspomnianego wcześniej Davida Beavera, jednego z twórców tej koncepcji, i po sześciu godzinach dostałem od niego odpowiedź. Powiedział mi, że gdy kiedyś sprawdzał w Google’u hasło “planetary identity”, okazało się, że nie było żadnego rekordu wyszukiwania takiej frazy. To pokazuje, jak rzadko myślimy o sobie w kontekście planety. To właśnie sprawiło, że tak mocno zarezonowała u niego nazwa mojego projektu “Jump For The Planet”. I muszę przyznać, że początkowo myślałem o “Jump For The Earth”, ale zrozumiałem, że nie chodzi tylko o piękno tej niebieskiej kulki w kosmosie, lecz o planetę jako miejsce, które jest naszym pokojem. A cały Układ Słoneczny – naszym domem.
Mówisz o tym, jak bardzo obserwacja świata zmienia perspektywę człowieka, a co Tobie pozwala nie zatracić się w tym wszystkim? Jaką masz swoją tajną supermoc?
Odkryłem w sobie dwie rzeczy. Po pierwsze – moją największą supermocą jest to, że się podnoszę. Poddawanie się nie jest moją słabością. To normalne – każdy czasem się poddaje. Ja też. Ale za każdym razem wiem, że wstanę. I to nie jest żadna nonszalancja z mojej strony, tylko doświadczenie. Po drugie – zrozumiałem, że ludzie często myślą, że aby dokonać czegoś przełomowego, trzeba być wolnym od lęku, trudności i barier. Moim zdaniem jest inaczej. Każde wielkie wyzwanie wiąże się z emocjami, niepewnością i stresem. I to właśnie trzeba zaakceptować. Jeśli chcesz skoczyć z 4000 metrów, musisz zaakceptować, że będziesz się bać – i skoczyć mimo to. Tu nie ma półśrodków – albo skaczesz, albo nie. Dlatego skok spadochronowy jest dla mnie najczystszą metaforą spotkania z samym sobą. Bo dopiero w tym momencie widać, jaki naprawdę jesteś. W tandemowym skoku widzę mojego pasażera takim, jakim naprawdę jest – bez masek, bez pozy. Tu nie ma znaczenia, jakie ma ubranie czy wizytówkę. Widzę strach, lęk, ale też czystą radość. To niesamowite, bo w jeden weekend mogę obserwować ponad dwadzieścia eksplozji prawdziwych emocji – ludzi, którzy po wylądowaniu płaczą ze szczęścia albo krzyczą z radości.
Co to daje Tobie? Jak Ty sam korzystasz z tych doświadczeń innych ludzi?
Przypominam sobie, co jest w życiu naprawdę ważne. I to nie jest praca, oczekiwania innych czy to, co ludzie o tobie mówią. Dla mnie najważniejszy jest ten moment kontaktu z drugim człowiekiem. W skoku jestem całkowicie tu i teraz – spokojny, skupiony i obecny. To nie jest ucieczka od życia. To jest najczystsze spotkanie. To jest prawdziwy kontakt z drugim, obcym człowiekiem, który nagle staje mi się bardzo bliski.
A gdzie szukasz ratunku dla samego siebie w trudniejszych chwilach?
W skokach. To jest jak narkotyk – po każdym czuję przypływ świadomości, że jestem potrzebny drugiemu człowiekowi. Daje mi to ogromną satysfakcję i poczucie sensu życia. Ludzie często myślą: “On sobie jedzie na skoki”. A ja nie jadę tylko na skoki – w ten sposób ratuję wielu ludzi, a przede wszystkim – samego siebie. Bo jestem tak samo słaby jak każdy, ale i tak samo silny, jak reszta. Skakałem z wieloma osobami, które po wszystkim mówiły, że to był dla nich jakiś przełom. Odkryły, że mogą pokonać trudności. Może się wydawać, że dla mnie to jeden z tysięcy skoków, ale to ja nadaję każdemu z moich skoków sens, realizując go w taki sposób, by naprawdę wesprzeć drugiego człowieka. Kiedy przychodzi ktoś, kto naprawdę się boi, jestem szczęśliwy, że mogę mu pomóc. Bo im większy strach, tym większą wartość ma ten skok. Wiesz, co jest najważniejsze? Ludzie nie boją się skoków. Ludzie boją się wyobrażenia o skoku, które sami stworzyli w swoich głowach. To jest dokładnie to, co ja robiłem samemu sobie przez dwa lata, przygotowując się do skoku z 11 kilometrów. Wyobraziłem sobie, że będzie źle i panicznie bałem się tworu, który nie istniał. A skok był przepiękny…
Ludzie przychodzą skoczyć z Tobą w tandemie i szukają czegoś więcej niż adrenaliny. Chcą zmierzyć się ze swoim strachem, udowodnić coś sobie, może sprawdzić własne granice…?
Skocz ze mną – zobaczysz, jakie to proste. Kiedy skupisz się na lęku i pozwolisz sobie na to, by się bać, przestaniesz być jego ofiarą. Strach nadal będzie istniał, ale straci znaczenie. To trochę jak z deszczem – on pada, ale ty jesteś pod parasolem, który lekko trzymasz w dłoni. Wiesz, jaki miałem kiedyś skok? Przychodzi facet. Patrzy na mnie. Stoi ubrany w czarne spodnie i czarną koszulę. Jest potwornie gorąco, jakieś 35 stopni. Niedaleko nas stało jeszcze sześć osób – wszyscy ubrani na czarno. Spojrzałem na niego i żartowałem: “A Ty co? Z pogrzebu wracasz?”. A on na to: “W ciągu trzech miesięcy zmarło siedem osób w mojej rodzinie. Jeżeli teraz nie zginę, to znaczy, że to nie jest żadna klątwa”. I skoczyliśmy. Nie zginął.
Tomku, a Ty jesteś szczęśliwym człowiekiem?
Pamiętam, jak parę miesięcy temu leżałem wieczorem z córką i rozmawialiśmy o tym, w jakim świecie żyjemy. Wstałem, otworzyłem lodówkę i mówię: “Zobacz, mamy jedzenie, mamy dach nad głową, możesz wziąć telefon i obejrzeć bajkę”. To ogromne szczęście i przywilej. Dlatego uważam, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Jednocześnie jestem często krytykowany – że nie mam stałej pracy, ubezpieczenia na życie, że nie dbam o rodzinę tak, jak inni tego oczekują. Mam jednak wrażenie, że nie chodzi o to, by być na moim miejscu, bo robię coś niezwykłego. Ale dla mnie to, co robię, jest niezwykłe! Skaczę ze spadochronem, chodzę po górach, spotykam fascynujących ludzi, próbuję zmieniać świat, przygotowuję się do skoku z kosmosu… Stawiam sobie wielkie cele i wiem, że nie każdy chciałby tak żyć. Mam raczej poczucie, że inni chcieliby, abym to ja był na ich miejscu – i to jest dla mnie potwornie smutne. Bo ja, gdy widzę kogoś, kto dorobił się czegoś wspaniałego, pytam: „Hej, co zrobiłeś, że to masz? Jak do tego doszedłeś?”. Nie przebijam mu opon w nowym samochodzie. Psychologicznie patrząc, krytyka jest łatwiejsza – to mechanizm obronny, broń. Tylko że używanie broni nigdy nie jest dobre. Największym zwycięzcą nie jest ten, kto wygrywa bitwy, ale ten, kto potrafi uniknąć wojen. My, ludzie, nie jesteśmy gatunkiem, który ma w DNA pokój. Jesteśmy jak inne zwierzęta – małpy, szympansy, zebry walczące o przetrwanie, tyle że obdarzone większą inteligencją. Pokój nie jest nam dany tak, jak powietrze. To coś, co musimy wypracować i o co musimy świadomie dbać, co musimy stale utrzymywać. Ale jeśli pytasz mnie o poczucie szczęścia, to patrząc na siebie z boku, widzę człowieka obdarzonego niewyobrażalnym szczęściem. Jest też jednak druga strona tego medalu. Pytasz, skąd biorę siłę? Na pewno z tej mojej supermocy – zdolności do podnoszenia się po każdym upadku – jest coś jeszcze. Coś, co kiedyś powiedział Marek Kamiński: “Droga do sukcesu nie wiedzie przez porażki i pomyłki, lecz przez upokorzenie”. Czuję to bardzo mocno. Starając się zdobywać miliony dolarów na projekty, finansowanie lotów czy sadzenie drzew kompensujących mój ślad węglowy, ciągle muszę prosić ludzi, którzy patrzą na mnie z góry. Patrzą z pogardą, tylko dlatego, że przyszedłem ich o coś poprosić.
Sprawia Ci to trudność?
Czasem tak. Czasem po prostu mam już dość. Kiedy proszę setną, a potem tysięczną osobę, zaczyna mi się ulewać. W 2022 roku wysłałem ponad 10 tysięcy krótkich maili z prośbą o spotkanie: „Realizuję projekt pomocowy pod patronatem noblisty Prezydenta Lecha Wałęsy. Proszę, spotkaj się ze mną”. Odpowiedziały trzy osoby… Wiesz, ja nie jestem niezniszczalny. Bardzo łatwo mnie złamać. Bezduszność ludzi i ich skłonność do oceniania innych wyłącznie przez pryzmat pieniędzy czy posiadanych dóbr, są dla mnie niezwykle trudne do zniesienia. Bo kiedy ktoś dowiaduje się, że nie mam niczego, od razu zaczyna traktować mnie inaczej. To boli. I boli też świadomość, że żyjemy w tak głębokim kryzysie wartości.
To jak nie złamać się w kontakcie z ludźmi, którzy patrzą na Ciebie z góry?
Opowiem Ci pewną anegdotę… Gdy skakałem jeszcze jako kamerzysta, miałem na koncie może 500–600 skoków i już pewne doświadczenie. W środowisku spadochronowym jest tak, że wraz z doświadczeniem ludzie kupują coraz mniejsze, coraz bardziej wymagające spadochrony. A ja przez cały czas skakałem na tej samej, dość bezpiecznej, średniej wielkości czaszy. Wszyscy mocno naciskali, żebym w końcu ją zmienił na mniejszą, a ja zakończyłem całą tę uciążliwą dla mnie dyskusję jednym prostym gestem: kupiłem sobie różowe crocsy i kolorowe, tęczowe skarpetki. Popatrzyli na mnie i stwierdzili: „Ale to jest debil”. I dali mi w końcu spokój. Ludzie mogą mówić o mnie, co chcą, a ja nadal będę tym samym człowiekiem i nadal będę robił swoje.
Tomku, dziękuję Ci za tę rozmowę! Za opowieść, która pokazuje, jak pozostać sobą nawet gdy świat patrzy z góry. Za otwartość, wrażliwość i uważność, które widać i czuć w każdym słowie. Za mądrość, która inspiruje do szerszego spojrzenia. I za to, że mimo wszystkich trudów pokazujesz, że można żyć pełnią życia, nie tracąc przy tym człowieczeństwa.


Zobacz również
“WCHODZĘ DO IZOLATKI. LEŻY W CIEMNOŚCI. NIE SŁYSZY NAWET, ŻE WESZŁAM. BIORĘ JĄ NA RĘCE, A ONA WYSTRASZONA KULI SIĘ W SOBIE. PRZYTULIŁAM JĄ I ZADZWONIŁAM DO MĘŻA. POWIEDZIAŁAM, ŻE NIE ZOSTAWIĘ JEJ W TYM SZPITALU. LICZYŁAM SIĘ Z TYM, ŻE TO DZIECKO MOŻE NAM UMRZEĆ…” – KATARZYNA KOWALSKA
19 listopada 2020
“WIEM, ŻE MOJA RODZINA MNIE KOCHA, CHOĆ JESTEM DLA NICH ZDRAJCĄ” – HUSEYIN CELIK
20 lipca 2024